Sędzia, prezes sądu, który ze służalczą uległością zgadza się na wszystko czego zażąda rzekomy pracownik kancelarii premiera, jawnie łamiący zasadę NIEZAWISŁOŚCI władzy sądowniczej zasłużył co najmniej na kilka batów przy miejskim pręgierzu (dla przywrócenia równowagi moralnej) a na to pan profesor zgodzić się nie może. Jakże to tak, kolega po fachu świecący gołym zadkiem przed katem wymierzającym pouczenie? Niedopuszczalne! Jeżeli raz pozwoli się na takie uchybienie sędziowskiemu autorytetowi to nagle mogłoby się okazać, że nową, świecką tradycją stanie się prowadzenie rozpraw w postawie Hab-Acht, gdyż wspomniane pouczenie świeżo zalegające w pamięci nie pozwalałoby na przyjęcie pozycji siedzącej a pokora i ból istnienia wypisane na twarzy sędziego stałyby w jawnej sprzeczności z powagą wymiaru sprawiedliwości. Naruszony zostałby też niewątpliwie autorytet Temidy.

 

Zastanawiające jest tylko jedno: jakoś ten autorytet bogini sprawiedliwości nie cierpi kiedy lamana jest podstawowa zasada państwa prawa. Jakoś nie jest on naruszany, kiedy służalczy sędziowie wydają idiotyczne wyroki zgodnie z razwiedką przysłaną z jakiejś mitycznej „góry”, kiedy uzasadnienia do tych wyroków są tak głupie, że średnio inteligentny uczeń szkoły podstawowej po ich usłyszeniu krzywi się z niesmakiem. No i wreszcie pytanie zasadnicze: czy autorytet już nie tylko Temidy ale całego państwa nie cierpi, kiedy były minister opowiada banialuki i broni faceta, który nie powinien być nie tylko prezesem sądu ale nawet woźnym w tej szacownej instytucji?

 

Na koniec pozostaje mi tylko zadać jedno pytanie: czy to przypadkiem nie jest tak, że szanownego pana profesora dręczy obawa, iż sam musiałby swoją osobą zaszczycić miejski pręgierz po odbiór stosownego napomnienia? Chyba jednak nie. Były minister ze spuszczonymi spodniami to by było, bądź co bądź, przekroczenie granic żartu...

 

 

Alexander Degrejt