Ostatnie wydarzenia, a także komentarze dziennikarzy i „dziennikarzy” pozwalają – i to jedna z nielicznych dobrych stron tej sytuacji – jasno wytyczyć granicę. Propagandyści, urzędnicy frontu walki ideologicznej z ramienia Tuskolandu, teraz występują już z otwartymi przyłbicami, i nie udają już nawet, że chcą być dziennikarzami. Dla nich wolność słowa, niezależność dziennikarska, wierność tajemnicy dziennikarskiej nie mają znaczenia. Dla nich liczy się tylko, by ich wielki, umiłowany przywódca poczuł się lepiej, i żeby PO nigdy nie straciła władzy.

I dlatego, choć ogromna część środowiska dziennikarskiego zjednoczyła się wobec tych wydarzeń, oni „przypominają”, że nie ma powodu do złości, że nic takiego się nie stało, że w zasadzie wszystko jest OK, i że przecież prokuratura musi pewne rzeczy załatwiać... Oni zapewniają, że rozmowa Sienkiewicza i Belki to była rozmowa dwóch zatroskanych polityków, ewentualnie oznajmiają, że gorszy ich nieco wulgarny język, ale przecież nie sam problem. Oni wreszcie budują opinię, że nic się nie stało, i że Tusk nie powinien ustępować, a raczej mocniej jeszcze docisnąć dziennikarzy.

Ich nazwiska można przytaczać. To ks. Kazimierz Sowa (tak, tak – ten tuz propagandy Tuska też zabrał już głos), to Jacek Żakowski, to kilku, a może kilkunastu innych jeszcze komentatorów. Oni – takim a nie innym zachowaniem – właśnie wykluczają się z grona dziennikarzy. I jasno pokazują, że są propagandzistami, a nie dziennikarzami.

Tomasz P. Terlikowski