Prokuratorzy z Poznania uznali, że działanie lekarzy ze szpitala w Szamotułach nie ma znamion czynu zabronionego. Z opinii sądowego biegłego wynika, że zarówno cesarskie cięcie, jak i jego następstwa, były konieczne aby ocalić zagrożone życie pacjentki. Jak dodaje rzecznik prokuratury, Magdalena Mazur – Prus, kobieta wcześniej podpisywała zgodę na cesarskie cięcie, a także wszelkie inne czynności niezbędne w trakcie skomplikowanego porodu. Za taki konieczny zabieg uznano wysterylizowanie kobiety.
Wioletta Woźna twierdzi, że żadnej zgody na sterylizację nie podpisywała. Owszem, poinformowano ją o konieczności cesarskiego cięcia, ale nic ponadto. Co więcej, twierdzi, że nawet po zabiegu nikt jej nie poinformował o tym, że pozbawiono ją płodności. Dowiedziała się o tym już w domu, przeglądając dokumentację medyczną.
Dyrekcja ze szpitala w Szamotułach od początku utrzymuje, że kobieta przed porodem podpisała wszystkie potrzebne zgody. Jak wynika ze szpitalnej dokumentacji, ciąża była skomplikowana i poród wymagał specjalnych zabiegów, o czym wielokrotnie informowano pacjentkę. W opinii powołanego przez poznańską prokuraturę biegłego, ubezpłodnienie było uzasadnione, gdyż w razie kolejnej ciąży kobiecie groziłyby rozmaite komplikacje.
Losy Wioletty Woźnej od paru miesięcy bulwersują Polskę nie tylko z powodu jej wysterylizowania. Tuż po porodzie odebrano jej małą Różę, gdyż w opinii pracowników społecznych matka była niezdolna do prowadzenia domu i wychowywania dzieci. Ich zdaniem w domu było brudno a ojciec podobno nie potrafił zapanować nad panującym tam nieporządkiem. Po tym, gdy sprawa stała się głośna, dziecko decyzją szamotulskiego sądu wróciło do rodziców.
eMBe/rp.pl/tvn24.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

