Prof. Jan Żaryn, profesor UKSW, historyk IPN: W retoryce "Gazety Wyborczej" dotyczącej sprawy Karola Modzelewskiego zadziwia nagły powrót do czasu, który powinien być dla "Gazety Wyborczej" okresem zamkniętym, bo dla niej kompromitującym. Do czasów prezesury ś.p. Janusza Kurtyki. Gazeta ta miała wtedy czelność wielokrotnie posługiwać się insynuacjami i wszelkiego rodzaju kłamstwami, żeby szkalować IPN i ludzi w nim pracujących. Tworzyło to gamę nacisków na samego prezesa, na wolność nauki. Wydawało mi się, że może śmierć prezesa Kurtyki powstrzyma na zawsze "GW".

Przy okazji warto przypomnieć niektóre ataki. Oczywiście są i takie, które należy przemilczeć. Chodzi o ataki personalne na ś.p. Janusza Kurtykę. Powiem tylko ogólnie - były one obrzydliwe. Na pogrzebie prezesa Kurtyki minister Zdrojewski powiedział, że ś.p. Janusz Kurtyka to osoba, wobec której w sposób specjalny trzeba powiedzieć jedno słowo – przepraszam. Myślę, że ludzie obecni wtedy w kościele nie mieli wątpliwości, że to nie minister Zdrojewski powinien przepraszać. To nie on pluł na Janusza Kurtykę, tylko środowisko "Gazety Wyborczej". Jednak z tej strony nigdy w życiu przeprosin nikt nie słyszał.

"GW" w różnych momentach próbowała dyktować warunki oceny pracy Instytutu i jego pracowników. Kluczem mógł być tutaj swoisty alfabet Adama Michnika – na liście naczelnego "Wyborczej" znalazło się wielu pracowników IPN do "odstrzału" przez "cyngli" - jak ich nazwał trafnie bodaj Rafał Ziemkiewicz, m.in. Janusz Kurtyka, Antoni Dudek, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk i ja, chyba także Henryk Głębocki. Lista ta była w latach 2006-2010 kompletowana i rozprowadzana. Najbardziej haniebne ataki miały miejsce od czerwca roku 2008. "Gazeta Wyborcza" zdała sobie wtedy sprawę, że książka o Lechu Wałęsie jest już na ukończeniu i za chwilę się ukaże na rynku. W gazecie pojawiały się wtedy teksty, które wyglądały jak próba zastraszenia kierownictwa Instytutu i zastosowania medialnego linczu. Przypomina mi się artykuł Marka Beylina, w którym pisał o IPN: "nie widzę dziś w Polsce instytucji bardziej szkodliwej dla polskiej wiedzy i pamięci". - Gdyby IPN był prywatną inicjatywą, ograniczyłbym się do pomstowania, ale to instytut państwowy utrzymywany z podatków. Także moich. Nie wiem czemu mamy opłacać fabrykantów oszczerstw i zakłamań – pisał Beylin. Inna z osób kojarzonych ze środowiskiem "GW", Władysław Frasyniuk, nakłaniał w telewizji TVN24 Lecha Wałęsę, by bił po twarzy autorów książki o byłym prezydencie. "Wyborcza" w tym samym czasie sugerowała, że Janusz Kurtyka powinien stanąć przed sądem. Wywierano olbrzymią presję, by przestraszyć ludzi kierujących IPN, by nie wydawano książki o Wałęsie. Wiedza ekskluzywna o byłym prezydencie, którą posiadali przecież ludzie związani z "GW", miała nie zostać upubliczniona.

Najbardziej obrzydliwy paszkwil, opublikowany w tamtym czasie w "GW", dotyczył Piotra Gontarczyka. Autorzy porównali go do Gontarza, propagandysty PRL-u i współpracownika SB. To miała być dowcipna gra słów, która sugerowała, że ten historyk jest obrzydliwą postacią, którą należy kojarzyć z całą pulą złych skojarzeń – z antysemityzmem, moczarowcem, SB i osobą chodzącą na pasku tej formacji. Wątpię, by było to nieświadome porównanie. W ten sposób oczerniano osoby, które ujawniały prawdę o bardzo ważnej postaci dla polskiej historii najnowszej.

Pamiętam również ataki personalne dotyczące mojej osoby. Rozpoczęły się od początku 2006 r., gdy tylko zostałem dyrektorem BEP. Wspomnę tylko o ostatniej nagonce na mnie, z kwietnia 2009 roku. Wcześniej przez tygodnie pomawiano IPN w związku z pracą młodego historyka Pawła Zyzaka, absolwenta UJ. Radio Tok FM nagrało ze mną krótki wywiad, który natychmiast trafił do mediów. "Gazeta Wyborcza" napisała wtedy w tytule, że porównałem Lecha Wałęsę do wrzodu. Jak dziś wiem, miało to posłużyć ówczesnemu premierowi do ataku na Instytut, po raz kolejny z zagrożeniem utraty pracy przez ok. 300 osób. Taki obrzydliwy szantaż. Mam nadzieję, że kiedyś te fakty będą potwierdzone. Ja mam tylko jednego świadka – ś.p. Janusza Kurtykę, z którym uzgodniłem wówczas, że moja misja w IPN-ie na stanowisku dyrektora BEP się skończyła. Dla dobra tych 300 osób. Ja natomiast nigdy nikogo nie porównałem do wrzodu, tym bardziej nie zrobiłem tego w odniesieniu do byłego prezydenta. Tymczasem "Wyborcza" właśnie w ten sposób sama zredagowała moją wypowiedź. Jak mówiłem wówczas publicznie, chciałem podać tę gazetę do sądu; niestety, nie znalazłem adwokata, który by przyrzekł mi, iż sprawę wygra. I to pomimo że kłamstwo było tylko po jednej stronie sporu mojego z "GW". Wszyscy odradzali. To jest chore…

Innym, klasycznym można by rzec, przykładem tworzenia nacisku na władzę państwową, by zareagowała zgodnie z interesami środowiska "Gazety Wyborczej", była sprawa przepędzenia z Instytutu Sławomira Cenckiewicza. Ukazał się prowokacyjny tekst w "Gazecie". Opisano w nim, w sposób tendencyjny, cykl edukacyjny organizowany w jednej ze szkół Trójmiasta. Uczniem tejże szkoły był marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Wygłosił on pierwszy wykład z tego cyklu dla tamtejszej młodzieży. W ramach niego wystąpił później również bodaj Andrzej Gwiazda, czyli ówczesny członek Kolegium IPN, postać niezwykle zasłużona dla "Solidarności". "Gazeta Wyborcza" pisała wtedy, że IPN zmanipulował tym cyklem zdarzeń. Jak sugerowała "GW", gdyby Borusewicz wiedział, kto wystąpi później, to nigdy by się nie zgodził na taki występ i nie firmował go swoją obecnością. I, co najtragiczniejsze, marszałek Borusewicz uwierzył w to, co napisała "Wyborcza" i poczuł się w obowiązku interweniować. Rozpoczął wtedy bardzo brutalną, personalną akcję zmierzającą do tego, by dr Cenckiewicz odszedł z IPN. Marszałek, albo zatrudnieni przez niego ludzie, telefonowali bezpośrednio do pracowników Instytutu. To spowodowało, że w sumie aż trzy osoby zdecydowały się – początkowo - na zrezygnowanie z pracy w IPN. Uznały, że jest to praca niebezpieczna tak fizycznie, jak i psychicznie. Tego typu zdarzenia zawdzięczamy narracji "Gazety Wyborczej". To nie są żarty.

W warunkach sprawiedliwości społecznej medium posługujące się takimi manipulacjami zmuszone byłoby przynajmniej do przepraszania atakowanych ludzi. Podobnie jak ludzie, którzy zachęceni siłą jednych a bezbronnością drugich, natychmiast ustawiali się w szeregu, by "odważnie" pluć i grozić. O tych groźbach, to osobno by trzeba długo opowiadać. Nigdy to nie zainteresowało dziennikarzy. Od gróźb – telefonów, przez smarowanie samochodu brudną mazią, po stawianie ludzi przez sądami za ujawnianie prawdy. Jednak niestety "GW" jest bardzo silna i rozepchnięta na scenie publicznej, dużo bardziej niż to wynika z formalnego jej miejsca. W związku z tym nie jest łatwo walczyć z nią o sprawiedliwość, o czym świadczy choćby przypadek prof. Andrzeja Zybertowicza, który przegrał proces z "GW".

Liczyłem na to, że "Gazeta Wyborcza" znajdzie w sobie dość wewnętrznej siły, by zrobić rachunek sumienia po śmierci prezesa Janusza Kurtyki, którego wielokrotnie szkalowała. Miałem nadzieję, że nie będzie wracać do tej metody opisywania działalności IPN. Powinna bowiem – z taką przeszłością – specjalnie dbać o rzetelność. Jeżeli taki powrót do czasów mijania się z prawdą następuje, to można sądzić, że jest to próba ustawienia przyszłego kierownictwa IPN, by było ono pokorne i posłuszne. Wygląda na to, że "Wyborcza" pokazuje, że jest na miejscu i spełnia swoje zadania.

Not. KI

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »