W wieku 94 lat zmarł abp Ignacy Tokarczuk, wieloletni ordynariusz diecezji przemyskiej. To była postać niezwykła?

 

Tak. Należał do tego pokolenia kapłanów i biskupów, które doświadczyło zarówno okupacji niemieckiej, sowieckiej i w jego wypadku również rzezi na Wołyniu, dokonanej na narodzie polskim przez Ukraińców. Rozpoznał te totalitaryzmy i zło. Po wojnie był zakwalifikowany do grona kapłanów, a później biskupów bardzo jednoznacznie widzących w komunizmie zło, widzących w nim dzieło szatana. On nie widział powodu, aby wchodzić z nim w jakiekolwiek alianse. Co więcej, wspierał wszystkich, którzy w latach 60., 70. czy 80., gdy był ordynariuszem w Przemyślu, temu systemowi się sprzeciwiali.

 

Okoliczności, w których został biskupem, też były niezwyczajne...

 

Na mocy dekretu grudniowego z 1956 r. prymas Stefan Wyszyński był zobowiązany do przedstawiania tzw. terno, trzech kandydatów na opróżnioną stolicą diecezji. Spośród nich władze komunistyczne, czyli oficjalnie premier i urząd do spraw wyznań, w ciągu trzech miesięcy miały dokonać wskazania jednej z tych postaci. W przypadku bp Tokarczuka Cyrankiewicz przespał te trzy miesiące i nie zareagował na pismo Prymasa Polski, co zostało przez kardynała bardzo szybko wykorzystane. Mianował z tej trójki na biskupa w 1967 r. właśnie ks. Tokarczuka, który zapewne byłby skreślony przez premiera komunistycznego rządu.

 

Ta nieuwaga Cyrankiewicza nie spowodowała jednak, że komuniści odpuścili nowemu biskupowi.

 

Ona spowodowała bardzo duże napięcie, które będzie już towarzyszyć bp Tokarczukowi, szczególnie że od razu on się uaktywnił na terenie diecezji w sposób później dla niego charakterystyczny.

 

Na czym on polegał?

 

Jego program duszpasterski był oparty na przeświadczeniu, że w warunkach, w jakich żyją wierni i katolicy na terenie jego diecezji, mają oni często duży szmat drogi do nowego kościoła. Powstają nowe osiedla bez świątyń. Są wsie oddalone od kościołów wiele kilometrów. Są pozamykane dawne cerkwie unickie, które można przysposobić do nowych warunków duszpasterskich dla rzymskich katolików. To spowodowało bardzo szybką konfrontację między biskupem, kapłanami i komitetami budowy kościołów a władzami komunistycznymi, które nie zezwalały na budowę świątyń ani na rozbudowę. To było standardowe zachowanie. Nie pozwalano na budowę domów parafialnych czy nawet kaplic, ani nawet na ich remonty. To wszystko było pod ostrą represją wczesnego prawa budowlanego. Bp Tokarczuk w sposób jednoznaczny się tej represji przeciwstawił. Popierał komitety budowy, które z punktu widzenia władz w sposób nielegalny doprowadzały w bardzo szybkim tempie do budowy świątyni. Następowała tajna – w wyścigu z władzami SB i milicją – konsekracja tego miejsca i świątynia była otwarta. Władzy przy tak silnym oporze parafian trudno było walczyć z Panem Bogiem. Wierni w tym swoim działaniu nie widzieli nic zdrożnego, a poparcie biskupa stawiało ich w rzędzie osób służących Dobru i Prawdzie. Zachowanie władz było tutaj etycznie naganne. To spowodowało, że diecezja przemyska od końca lat 60. stała się miejscem oporu integrujących się środowisk parafialnych, stawiających dobro nad dezintegrujące ataki SB, która nawet samego biskupa próbowała kompromitować za rzekomo niecne czyny w czasie wojny, jak wspieranie Ukraińców czy Niemców. Biskup był w dobrym tego słowa znaczeniu prostolinijnym kapłanem, który mówił prawdę i mówił ją wprost. Kazania były oparte na Ewangelii, wkraczające w bieżące życie. Wskazywał na zło, którego był świadkiem. Ono dotykało jego konkretnych parafian. On poprzez słynny komunikat informował wiernych, że podczas remontu budynków kurialnych odnalazł podsłuch. Ujawnienie tego stanowiło, zdaniem komunistów, „podwójny grzech”, bo nie dość, że ujawnił prawdę, to skompromitował władze komunistyczne.

 

Był dużym oparciem dla rodzącej się antykomunistycznej opozycji.

 

W latach 70. był już tak znany, że próbowały do niego docierać wszystkie środowiska opozycji, od najbliższych mu rolników ziemi rzeszowsko-ustrzyckiej, lubelskiej czy podwarszawskiej, ale i także przedstawiciele inteligencji katolickiej, jak warszawski KIK z Bohdanem Cywińskim czy młodzi katolicy ze „Spotkań” z KUL-u z Januszem Krupskim na czele, czy działacze KOR-u z Jackiem Kuroniem. To dowodziło, że ta przestrzeń oddziaływania biskupa na środowiska opozycji antysystemowej była bardzo rozległa – od prawicy po lewicę. Był niekwestionowanym autorytetem. Cieszył się bardzo wyraźnym zaufaniem również Prymasa Polski, poprzez skierowanie bp Tokarczuka do Komisji Wspólnej i jego udział w wąskim decyzyjnym gronie pod kierownictwem Kardynała Wyszyńskiego. Był członkiem Rady Głównej Episkopatu Polski, czyli wąskiego grona decyzyjnego Episkopatu. Cieszył się wielkim uznaniem i długoletnią współpracą z kardynałem Wojtyłą, późniejszym papieżem. To powodowało, że biskup Tokarczuk będzie postrzegany w latach 80. na gruncie episkopatu jako ostoja moralna, ukazywania, gdzie jest postawa służąca dobru, a gdzie błądzenie. To było ważne dla kapłanów w stanie wojennym, którzy angażowali się w działalność opozycyjną. Biskup był tutaj naturalnym punktem odniesienia. On w latach 80. zasłynął bardzo odważnymi kazaniami, szczególnie na Jasnej Górze podczas pielgrzymek rolników. Był ich wieloletnim opiekunem, zwłaszcza podczas delegalizacji NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych.

 

Wspierał również kulturę niezależną

 

Inspirował czy inicjował Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej w swojej diecezji, całej sfery kultury niezależnej. Dzięki niemu narodziły się inne talenty kapłańskie, jak choćby ks. Edward Frankowski, który wówczas od lat 70. był aktywnym kapłanem i proboszczem w Stalowej Woli. Ona w latach 80. była jedną z najbardziej aktywnych parafii w Polsce. Była wtedy jedną ze stolic kultury polskiej. Gdyby nie Kościół, nie przyjechaliby tam najwięksi artyści, aktorzy, reżyserzy, historycy, ludzie kultury. Nigdy wcześniej ani potem nie była takim miejscem.

 

Spotkałeś się kiedyś z bp. Tokarczukiem?

 

Tak, wielokrotnie. Najbardziej pamiętam rozmowę na temat bardzo trudny dla arcybiskupa. W latach 70. pomawiania komunistów miały swój skutek. Mianowicie sekretariat stanu Stolicy Apostolskiej, a przede wszystkim monsignore Luigi Poggii, jako przedstawiciel do stałych kontaktów z rządem PRL niewątpliwie zdążał do stworzenia warunków nawiązania stosunków dyplomatycznych między Watykanem a rządem PRL. Strona komunistyczna, wykorzystując to nastawienie proporozumieniowe, dawała jednoznacznie do zrozumienia, że stroną, która jednoznacznie przeszkadza w nawiązaniu tych relacji, jest biskup, który znajduje się na rubieżach Polski i ustawicznie łamie prawo. Pytano ks. Poggiego, czy kapłani we Włoszech jednoznacznie łamią prawo i biskupi na to nie reagują? Bo w Polsce jest taki biskup, który łamie prawo. Zanim Luigi Poggi zorientował się, że chodzi o nielegalne stawianie kościołów, to już miał wątpliwości, czy abp Tokarczuk nie powinien być bardziej lojalny wobec władz państwowych, z którymi ma być podpisana umowa. Otóż abp Tokarczuk opowiadał mi, że został wezwany do Rzymu na dywanik do kolejnych dykasterii watykańskich, gdzie dawano mu do zrozumienia, że to on rzeczywiście utrudnia relacje między Watykanem a władzami PRL. On, nie mogąc nawiązać intelektualnego kontaktu ze swoimi rozmówcami, powiedział, aby go już nie wysyłali wyżej do kolejnych pięter dyplomacji watykańskiej, aż do stojącego najwyżej w niej Agostino Casaroli. Abp Tokarczuk mówił: „Jeżeli uważacie, że jestem złym biskupem, że sprzeniewierzam się Bogu, a Kościołowi źle służę, to zwolnijcie mnie z tej diecezji przemyskiej, bo ja swojej polityki wobec władz komunistycznych nie zmienię”. To w końcu przecięło bardzo nieprzyjemne rozmowy, gdzie osoba broniąca prawdy stawiana jest w rzędzie winnych. Opowiadał mi to z dużym wzruszeniem i pamięcią o krzywdzie, jaka go spotykała, o krzywdzie, jaką wywołali komuniści i nie do końca jasne widzenie sytuacji w Polsce przez dyplomację watykańską. Dodał też, że po 89 r. spotkał się z Poggim, który go przeprosił i powiedział, że to arcybiskup miał rację, a to oni się mylili.

 

Czy abp Tokarczuk to kandydat na ołtarze?

 

Myślę, że tak. Dlatego że, z tego co wiem, ale są dużo lepsi znawcy jego osoby, to nigdy nie popadł w jakąkolwiek nienawiść, zemstę czy chęć odwetu, która byłaby poszukiwaniem sprawiedliwości na siłę, takiej bez miłosierdzia. Myślę, że ono w nim zawsze wygrywało. Cierpienia, jakie otrzymywał, nigdy nie zostały przez szatana wykorzystane. Był na tym miłosiernym piętrze wtajemniczenia, jakie istnieje między człowiekiem a Bogiem.

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski