I żeby nie było wątpliwości profesor zmasakrował poliamorię nie z perspektywy teologii czy moralności, ale psychologii. - Jeśli rozumieć poliamorię jako zaangażowane w autentyczne, a nie tylko deklaratywne, związki uczuciowe, miłosne, którym towarzyszą zakochanie, namiętność, intymność i inne przynależne im fazy, to na podstawie wiedzy psychologicznej można uznać, że jest ona fikcją – podkreśla psycholog. - Można ją tylko rozumieć w kontekście hedonistycznych pragnień ludzi, ale scenariusz zakładający miłosną relację w kilkuosobowych związkach nie jest zgodny z wiedzą o emocjach – dodaje.
Profesor nie żałuje także mocnych słów na określenie takich związków. Jego zdaniem przypominają one „zbiorowe – a ściślej – poszerzone samobójstwo”. Nie mają one także nic wspólnego, ani z alruizmem, ani tym bardziej z „wyzwaniem rzuconym patriarchatowi”. - Nie sądzę, aby poliamoria była wyzwaniem rzuconym czemukolwiek – podkreśla profesor i dodaje, że jest ona „tylko zręczną ideologią, najczęściej uzasadniającą niedostatki lojalności”.
TPT/Gazeta Wyborcza
