W wywiadzie dla kobiecego dodatku do „Gazety Wyborczej” nie ukrywa, że zawsze zwalczała owo „zjawisko”. Pani profesor zawsze mówiła twardo studentkom: „(…)albo pani studiuje i przygotowuje się do egzaminów, albo pani ma dziecko i się nim zajmuje”. Potem dodaje, że studenckie małżeństwa były zjawiskiem typowym dla okresu powojennego, a jej podoba się przedwojenna zasada: najpierw stabilizacja, potem małżeństwo. Świda-Ziemba twierdzi, że małżeństwa, które znała były zwykle nieudane i po najdalej kilku latach się rozpadały. Najpierw była wielka miłość, a potem codzienne kłopoty. Te kłopoty to było mieszkanie, brak środków do życia, zależność od rodziców, kłótnie o to czyje studia są ważniejsze”. Na tą sekwencję zareagowała wyjątkowo przytomna dziennikarka „WO” mówiąc: „Niemal wszystko to co dzisiaj po studiach”.
Szanowna Pani Profesor! Błagamy o odrobinę zrozumienia dla „wczesnych małżeństw”. Tak to bywa w katolickich krajach, że jak ludzie chcą być ze sobą, to zamiast żyć na „kocią łapę” biorą ślub. Przykład z obyczajami sprzed wojny trochę jest nie na miejscu, zwłaszcza, kiedy mówi o nich socjolog. Owa zasada najpierw stabilizacja potem małżeństwo dotyczyła klasy średniej, czy też - jak mówiono w czasach kiedy zwalczała Pani studenckie małżeństwa – burżuazji. Gdyby wszyscy przeciągali decyzję o małżeństwie i dzieciach mielibyśmy już wtedy problemy demograficzne. Dzieci płodziły masowo nieuświadomione, niestudiujące wczesne chłopskie małżeństwa.
Śpieszymy donieść, że pani poglądy są wyjątkowo niepoprawne polityczne. Prezydent Komorowski i premier Tusk poznali swoje żony na studiach i ożenili się przed dyplomem. Pani prezydentowa powiedziała przed rokiem w jednym z wywiadów, że nic tak nie uczy odpowiedzialności jak szybkie zawarcie rodziny i zmaganie się z różnymi trudnościami. Ale wie Pani, Anna Komorowska to harcerka. Harcerze to wyjątkowo niemodna i dziwna subkultura.

