Przypomnijmy fragment felietonu Środy: „Myślałam, że rodzice są młodzi, głupi, prymitywni, pewni że mogą mieć wiele kolejnych dzieci więc uznali, że to pierwsze, najbardziej "niewygodne", można sprzedać za godziwe pieniądze. W sumie - niezły los. Jest tysiące par, dla których dziecko jest szczytem marzeń, dla spełnienia których gotowi są na przestępstwo "handlu żywym towarem", ale że zarazem gwarantują dziecku bezpieczne i komfortowe warunki życia. Jestem nawet w stanie zrozumieć młodych. Z jednej strony są bardzo religijni (poznali się w Kościele podczas służenia do mszy), nie używali zapewne środków antykoncepcyjnych, nie mieli pojęcia o edukacji seksualnej (szkoła takiej nie oferuje), zaszli w nieplanowaną ciążę, bali się aborcji. Ksiądz, rodzina, najbliżsi potępią aborcję jako największe przestępstwo. Jak ich nie słuchać? A poza tym - gdzie jej dokonać? Jak o sprawach niepożądanej ciąży rozmawiać z religijnymi rodzicami, przyjaciółmi czy księdzem? Powiedzą tylko jedno: rodzić, bo "życie poczęte jest święte". Więc – urodzili”.

 

„Nie zamierzam zwalniać z odpowiedzialności władzy, która kwestie seksualności i macierzyństwa traktuje tak, jak każe Kościół. A ten ma doprawdy niewielkie doświadczenie w sprawach seksualnych i wychowawczych” - konstatowała prof. Środa, kompletnie przemilczając fakt, że rodzice dziewczynki nawet nie mieli kościelnego ślubu, a opowiastki o ich gorliwej wierze można potraktować na równi z bajkami. Mniejsza o to – zdaje się myśleć (?) pani etyk – każda okazja jest dobra, by winą za całe zło obarczyć Kościół i katolicką moralność. I w myśl tej (nie)logiki prof. Środa podzieliła się na łamach „GW” kolejnymi odkrywczymi przemyśleniami na temat odpowiedzialności Kościoła i instytucji rodziny. Jej zdaniem, „kult rodziny tradycyjnej i „świętej” uprawiany przez polityków, księży i ministrów” jest nie tylko szkodliwy, ale tym razem zawinił... uwaga... nepotyzmowi w PSL. „To właśnie w mitologizacji rodziny tkwią głębokie kulturowe przyczyny nepotyzmu naszych polityków, bo przecież PSL w tym strasznym grzechu nie jest odosobniony” - stwierdza prof. Środa.

 

Zdaniem etyk, przeciętna tradycyjna rodzina uczy innych niż demokratyczne i obywatelskie wartości. Dlaczego? Bo pielęgnuje takie „straszne” cnoty jak na przykład miłość, troska, wdzięczność, wzajemna pomoc, dobroć, wybaczanie, ochrona, a celem domowego wychowania jest dobrobyt bliskich. Dzieci natomiast uczy się sprytu dla zaspokajania własnych potrzeb, zamiast wdrażać w postawy obywatelskie („chyba że chodzi o patetyczne deklaracje "ginięcia za ojczyznę" w sprawie beznadziejnej”).

 

Rozumiem, że gdyby matki wpajały swoim pociechom nienawiść, niewdzięczność, dbanie tylko o siebie, nieprzebaczanie i brak zainteresowania kimkolwiek poza sobą i bliskimi, to Polacy byli bardziej obywatelskim społeczeństwem. Pani etyk zapomina jednak, że wartości, które wymieniła, są raczej uniwersalne i nie wpaja się ich jedynie w tradycyjnych rodzinach. Śmiem twierdzić, że każdemu człowiekowi (wierzącemu w Boga, Buddę czy Jedi) zależy najbardziej na szczęściu jego samego i jego bliskich, bo człowiek, abstrahując od wyznania wiary, z natury jest po prostu nieco egoistyczny. Natomiast nie ma lepszego przystosowania do życia w społeczeństwie obywatelskim niż wychowanie w rodzinie (najlepiej z gromadką rodzeństwa), która jest przecież podstawową komórką tego społeczeństwa!

 

Ale przyjrzyjmy się, co zdaniem prof. Środy winno dominować w sferze publicznej demokratycznego społeczeństwa. Pani etyczka (?) wymienia uczciwość, praworządność, obowiązkowość, sprawiedliwość, równość, kompetencje i dodaje, że rodzina uczy ich w niewielkim stopniu, bo kiedy dziecko zrobi coś złego, to rodzina nie zaprowadzi go na policję, tylko ochroni (sic!). Przyznam, że pani profesor rozbawiła mnie do łez, bo na przykład moi koledzy i koleżanki z rodzin „nietradycyjnych” i niekatolickich (czy nawet niepełnych) także nie byli za wybryki ciągani po komisariatach, zatem także nie są bytami społecznymi.

 

Dalej pani Środa w szpetnym stylu obwinia takąż samą winą Kościół, który niby twierdzi, że jak mąż bije żonę, to ona ma przy nim „wytrzymać” bo rodzina jest najważniejsza. I przytacza refleksję jakiejś siostry z Episkopatu, która rzekomo miała powiedzieć, że „bita kobieta powinna modlić się i pościć, bo jej cierpienie jest niczym w porównaniu z nieszczęściem rozwodu i rozbicia rodziny, która świętą jest”. Nawet jeśli rzeczywiście jakaś zakonnica tak powiedziała, to nie oznacza to, że jej prywatna opinia jest oficjalnym stanowiskiem Kościoła, zaś ten nigdy nie zmuszał kobiet do martyrologicznego trwania przy znęcających się nad nich mężczyznach. Owszem, Kościół uznaje rodzinę za największe dobro i podstawową komórkę społeczną, ale nie oznacza to, że w imię ideałów maltretowana kobieta ma dać się zabić. Jasne, rozwód jest czymś złym, bo zwykle najbardziej w jego wyniku cierpią dzieci, ale bita żona ma święte prawo odejść i rozwieść się z mężczyzną, który znęca się nad nią fizycznie (i/lub psychicznie). Jeśli nie wstępuje w kolejny związek, to dalej w pełni może uczestniczyć w życiu Kościoła (tzn. przyjmować Komunię świętą). Zwykle jednak w takich sytuacjach występuje się o unieważnienie związku małżeńskiego, bo ktoś, kto znęca się nad swoją żoną i dziećmi raczej od początku miał nierówno pod sufitem, tylko sprytnie ukrywał to do czasu ślubu.

 

Wróćmy jednak do (nie)logiki prof. Środy, która pisze: „Każdemu chce się pomóc, coś mu załatwić, ułatwić, urządzić. Podobnie z dalszymi członkami rodziny. Naszej rodziny”, tym samym dając znać, że mentalnie chyba tkwi w czasach PRL, kiedy rzeczywiście warto było mieć tzw. „plecy”. Owszem, dziś w niektórych branżach także przydają się znajomości, ale czy wynika to z wychowania w tradycyjnej katolickiej rodzinie? Gdyby tak było, to można by dojść do wniosku, że Polacy to bardzo wierzący i pobożny naród, który przywiązuje wielką wagę do zasad religijnych. A przecież ta sama „Wyborcza”, która drukuje felietoniki prof. Środy co jakiś czas bije na alarm, że w Polsce katolików jest coraz mniej.

 

Marta Brzezińska