Portal Fronda.pl:  W piątek rozpocznie się w Warszawie szczyt NATO. Znamy z grubsza rzecz biorąc ustalenia, jakie mają na nim zapaść. Czy na podstawie dostępnej obecnie wiedzy można powiedzieć, że szczyt ma szansę stać się z perspektywy polskich oczekiwań dużym sukcesem?

Prof. Romuald Szeremietiew: NATO może działać jeśli wszystkie państwa wyrażą na to zgodę. Z racji na agresywne zachowania Rosji pojawiła się konieczność wzmocnienia tzw. flanki wschodniej Sojuszu. Decyzja o wzmocnieniu będzie podjęta na szczycie w Warszawie. Polski postulat zabezpieczenia Europy Środkowej będzie spełniony. Polska ma więc powody do zadowolenia. Jest jednak pewne ale. Nie wiemy czy siły, które NATO umieści w naszym regionie będą wystarczające w razie nasilenia się zagrożeń. Cztery grupy batalionowe na terenie Polski i państw nadbałtyckich to nie jest przecież wielka siła. Jej obecność ma natomiast istotne polityczne znaczenie. Ewentualny agresor musi odtąd uwzględnić, że za przeciwnika będzie miał nie tylko kraj zaatakowany, ale także jego sojuszników.

Nie wszyscy jednak sojusznicy są szczególnie chętni do udzielenia Polsce ewentualnej pomocy. Przykładowo Niemcy wezmą wprawdzie udział we wzmacnianiu wschodniej flanki, obejmując dowództwo nad batalionem NATO na Litwie, jednak szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steinmeier oraz niemieckie społeczeństwo w swojej masie są bardzo negatywnie nastawione do podobnych działań, ich zdaniem zaczepnych wobec Rosji. To nie wystawia na szwank solidarności NATO?

Decyzje o uruchomieniu sił zbrojnych podejmują władze poszczególnych państw natowskich. To są państwa demokratyczne, gdzie politycy są bardzo wyczuleni na opinie obywateli, którzy są ich wyborcami i decydują, kto sprawuje rządy. Tymczasem niedawne badania opinii społecznej wykazały, że ponad 50 proc. ankietowanych w Niemczech, Francji i Włoszech uważa, iż ich kraje nie powinny udzielać pomocy przewidzianej w art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego zaatakowanemu sojusznikowi. To bardzo niepokojące, tym bardziej, że nie wiadomo jakie zmiany w polityce USA spowoduje wybór nowego prezydenta. NATO opiera się na potencjalne militarnym i woli działania USA. Od amerykańskiego prezydenta zależy więc funkcjonowanie Sojuszu, a także, w naszym przypadku, trwałość wzmocnienia wschodniej flanki sojuszu. Polska wykonuje swoje zobowiązania, uczestniczy w misjach natowskich, jest lojalnym sojusznikiem USA. Nie można jednak zapomnieć, że w czasie II wojny światowej Polska też była sojusznikiem mocarstw zachodnich, a została przez prezydenta USA oddana Rosji. Koncepcje zaspokajania oczekiwań Moskwy kosztem Polski nie są czymś niewyobrażalnym.

Czy jednak intensyfikacja obecności państw zachodnich na wschodniej flance NATO, a zwłaszcza działania Stanów Zjednoczonych lokującej tu swój ciężki sprzęt oraz budującej tarczę antyrakietową, nie powinny napawać nas optymizmem co do poważnego traktowania Polski w Sojuszu?

Podobno realista to dobrze poinformowany optymista. Kierując się realizmem należy stwierdzić, że opieranie bezpieczeństwa wyłącznie na pomocy sojuszników nie jest rozsądne.  Tymczasem w Polsce w ogóle nie uwzględniamy sytuacji, co trzeba będzie zrobić jeśli pomoc nie nadejdzie. Czy bez pomocy sojuszników jesteśmy skazani na klęskę? Punktem wyjścia rozważań nad bezpieczeństwem narodowym powinno być ustalenie własnych środków obrony. Zabieganie o pomoc sojuszników to dopiero kolejny krok. Musimy zbudować strategię obrony, która zagwarantuje Polsce bezpieczeństwo także przy braku sojuszniczego wsparcia.

Jako kluczowy element takiej strategii wskazuje Pan zwykle powszechną Obronę Terytorialną. Dlaczego ta koncepcja miałaby być tak obiecująca?

Dlaczego w tej strategii elementem zasadniczym systemu obrony kraju powinna być powszechna, masowa Obrona Terytorialna? Dzięki temu będziemy ukazywać potencjalnemu agresorowi, że podbić Polskę będzie bardzo trudno. Polska nie jest małą Czeczenią, którą Rosjanie z największym trudem spacyfikowali. Polacy są dużym kilkudziesięciomilionowym narodem, który mógłby stawić potężny opór. Nawet Rosja nie byłaby zdolna zgromadzić siły do złamania takiego oporu. Wówczas można by osiągnąć najważniejszy cel – „przekonać” napastnika, że nie będzie w stanie podbić Polski i wojny uniknąć. Nie należy powtarzać września 1939 r., kiedy broniąca się wojskami operacyjnymi Polska nie otrzymała pomocy sojuszników i wojnę przegrała. Naszym celem musi być stworzenie takiego system obrony, który zagwarantuje, że wojny prowadzić nie będziemy. Możemy to uzyskać organizując własne siły. Pomoc sojuszników jest cenna, ale trzeba pamiętać, że nawet jeśli ona nadejdzie, to Polska musi mieć zdolność do samodzielnej obrony. Amerykanie mówią, że musielibyśmy wytrzymać przynajmniej trzy miesiące.  

Zapowiadane przez ministra Macierewicza zwiększenie liczebności armii do 150 tysięcy, z wojskiem OT licząc, nie wystarcza?

W koncepcji MON trzydzieści tysięcy wojsk OT ma wspierać obronę realizowaną przez wojska operacyjne, a powodzenie tej obrony jest uzależnione od pomocy sojuszników. Dotychczasowy paradygmat obrony pozostaje bez zmian – nadal będziemy zależni od wsparcia sojuszniczego. Chciałbym, by wsparcie sojusznicze nie było elementem rozstrzygającym o powodzeniu naszej obrony.

Czy na budowę powszechnej OT Polskę jednak stać? Politycy PiS pytani o taki model OT, o jakim Pan mówi, przekonują, że OT musi być bardzo dobrze wyposażona i wyszkolona i na więcej niż kilkadziesiąt tysięcy pieniędzy po prostu nie mamy.

Z przeprowadzonych wyliczeń wynika, że można zbudować postulowany przeze mnie system OT wydając jakieś 10 proc. z sum zaplanowanych na modernizację armii w najbliższych latach. Problem mamy nie w braku pieniędzy, ale w innym ich wydatkowaniu. Postuluję, aby w okresie pokojowym było 100 tysięcy żołnierzy OT, z możliwością rozwinięcia do 500 tysięcy w przypadku zagrożenia wojennego. Siły te powinny mieć zdolność prowadzenia działań nieregularnych co wymuszałoby na agresorze konieczność stworzenia zapewniającej zwycięstwo 20-krotnej przewagi. Musiałaby to być armia licząca 10 mln. żołnierzy. Taką siłą nie dysponuje żadne państwo, w tym Rosja. W ten sposób dzięki OT stalibyśmy się krajem nie do pokonania. Warto chyba iść w takim kierunku. Raz jeszcze podkreślę - to nie jest kwestia braku finansów, ale braku strategii i nowego modelu obrony. Trzeba odejść od paradygmatu: bez sojuszników nie damy rady.

A zatem nawet elementy amerykańskiej tarczy antyrakietowej, jakkolwiek wyjątkowo wartościowe, nie powinny skłaniać nas do bezczynności?

Tarcza antyrakietowa USA pośrednio wzmacnia bezpieczeństwo Polski. Ma chronić Stany Zjednoczone, a zatem Amerykanie umieszczając swoją bazę w Polsce muszą też dbać o bezpieczeństwo Polski. Jednak trzeba pamiętać, że ta baza jest środkiem pozostającym w dyspozycji obcego ośrodka władzy. Wybitny teoretyk sztuki wojennej, gen. Carl Clausewitz, mówił bardzo wyraźnie: wśród możliwych do użycia środków obrony pomoc sojusznicza jest na końcu listy. Pierwszym jest wola narodu gotowego bronić kraju.