Fronda.pl: Białoruś zakończyła niedawno manewry wojskowe, podczas których trenowano scenariusz, w którym separatyści próbują zająć część kraju. Na dodatek ćwiczenia nie odbywały się jak dotychczas na zachodzie Białorusi, lecz na wschodzie. Czy Białoruś szykuje się do odparcia ewentualnego zagrożenia ze strony „zielonych ludzików”?

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, doradca prezydenta RP: Niewątpliwie jest tak, że białoruskie kręgi polityczne  – tak rządowe, jak i opozycyjne – odczuwają zagrożenie ze strony Rosji. Istnieje moim zdaniem słuszne przekonanie, że Putin potrzebuje sukcesu imperialnego gdziekolwiek. Białoruś może wydawać się tutaj łatwym łupem. Ukraina okazała się trudna, państwa bałtyckie są w NATO. Można zasadnie domniemywać, że w wyobrażeniu rosyjskich decydentów Białoruś nie byłaby w stanie stawić skutecznego oporu, zatem sukces byłby szybki, a imperialna chwała Putina jako jednoczyciela, zyskałaby na tym. Dyslokacja świeżo tworzonych dywizji rosyjskich w zachodnich częściach Rosji wskazuje na to, że one są rozmieszczone wokół granic białoruskich, co budzi dodatkowe obawy. Myślę, że to, o czym słyszymy, to właśnie próba zademonstrowania, że Białoruś dostrzega to i ewentualnie mogłaby podjąć kroki przeciwne. Naturalnie sądzę, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z realiów wojskowo-politycznych na Białorusi i skali penetracji rosyjskiej. Niemniej jednak z polskiego punktu widzenia cieszy to, że manewry są na wschodzie, a nie na zachodzie. Może to być także element gry Łukaszenki wobec nas i Zachodu, aby pokazać, że także i on może być użyteczny w pewien sposób. Jego pozycja od czasów rozmów mińskich, kiedy ze stanowiska przez wszystkich izolowanego, ostatniego dyktatora w Europie, jak go nazywano, stał się gospodarzem ważnych rozmów, z którymi Europa wiąże pewnie nadzieje. Te gesty trzeba również traktować jako sposób demonstracji, także wobec Zachodu, że jest się niezależnym graczem w tej układance. Obojętnie jaka jest ostateczna i najważniejsza intencja, ta próba poszerzenia własnego pola manewru politycznego przez Łukaszenkę między Rosją a Zachodem, przez nas powinna być odczytywana pozytywnie. Lepiej, gdy dzieje się tak, niż gdyby miał on demonstrować swoją uległość i zależność wobec Kremla.

Do tej pory niemal zawsze podczas manewrów białoruskich Rosja brała w nich udział, lub była obserwatorem. Teraz Rosjan w ogóle nie było na Białorusi podczas ćwiczeń. Czy to oznacza znaczne ochłodzenie na linii Mińsk-Moskwa?

Myślę, że jest to gra polityczna Łukaszenki, ale to oczywiście nie jest w żaden sposób sprzeczne z tezą o istotnym ochłodzeniu stosunków. Tak, sądzę, że jest to istotne ochłodzenie oraz próba zademonstrowania przez Łukaszenkę, że ma inne opcje. Na ile ta próba jest wiarygodna i jak zostanie odczytana przez Rosjan? Jako ostrzeżenie, czy wprost przeciwnie – jako coś, czym Łukaszenka usiłuje zagrać, a co na Rosjanach nie zrobi wrażenia? To zobaczymy, jak sądzę, za jakiś czas. Niemniej jednak uważam, że jest to dowód na ochłodzenie stosunków na linii Mińsk-Moskwa. 

Eksperci twierdzą, że pomimo wielkiej zależności Białorusi od Putina, Łukaszenka próbuje działać coraz bardziej na własną rękę. Współpraca z Chinami to chociażby system rakietowy Polonez. Sądzi Pan, że Łukaszence na długo wystarczy sił, by prowadzić politykę coraz bardziej niezależną od Rosji, czy też za jakiś czas naciski ze strony Moskwy będą na tyle silne, że Białoruś skapituluje i wróci do poprzedniego „modelu”?

Nie ma powrotu do poprzedniego modelu, bo i Rosja nie będzie coraz silniejsza, a coraz słabsza. Nie przesądzałbym wyniku tej gry, jednak nie będzie zaskoczeniem, jeśli stwierdzimy, że Białoruś trzyma w ręce bardzo słabe karty. Sądzę jednak, że nie zależy to w głównej mierze od dynamiki rozwoju sytuacji na Białorusi, tu potrzeba konkretnych działań, a nie pojedynczych gestów. Białorusi potrzebne byłyby struktury siłowe będące w stanie przeciwstawić się Rosji i słuchać Mińska, a nie Moskwy. Ich realnie nie ma. Na ich budowę był czas i miejsce przez ostatnie 25 lat, a nie teraz, w ciągu kilku miesięcy. Niemniej jednak sytuacja jest dynamiczna i nie przesądzam ostatecznego wyniku gry. Ta dynamika nie dotyczy tylko Białorusi, ale także i Rosji, która nie jest mocarstwem rosnącym, a właśnie „zwijającym się” jeśli chodzi o jej potencjał. Jak to w dziejach – wszystko jest możliwe.

Osłabienie wpływów rosyjskich, jeśli byłoby znaczne, mogłaby przecież wykorzystać Polska, aby niejako przeciągać Białoruś coraz bardziej w stronę Zachodu. Czy taki scenariusz jest realny?

Jestem raczej pesymistą w zakresie sukcesu tych manewrów Łukaszenki. Niemniej nie można tego wykluczyć –  nie tyle z uwagi na Białoruś, co z uwagi na stan Rosji. Wydaje mi się, że Polska tę grę powinna podjąć, ze świadomością, że szanse na szybkie  zwycięstwo i ułożenie się spraw po naszej myśli nie są duże. Nie ma jednak powodów ku temu, aby obojętnością, czy demonstracyjnym odcinaniem się od tego typu gestów, ułatwiać grę stronie rosyjskiej. Tak bym to określił, bez szczególnych nadziei, ale i bez stwierdzenia „wszystko stracone, poddajmy się”. 

Dziękuję za rozmowę.