Jak wielu z mojego pokolenia ulegałem czarowi barejowego „Misia”. Nie dlatego, że jest wybitnym dziełem filmowym (bo nie jest), ale dlatego, że nokautował widzów celnością pokazywanego absurdu. Bo to film o idiotach żyjących w „Idiotlandzie” i potrafiących określić jego idiotyczne reguły gry.  Po seansie „Misia” każdy z nas mógł się poczuć „trenerem II klasy” Jarząbkiem czy zakląć siarczyście „motyla noga!”. Ten film przekroczył tak dalece granice fikcji i absurdu, że nader niebezpiecznie zbliżył się do prawdy. Baśniowość tego obrazu (tak!) stanowiła bufor chroniący nas przed frustracją, której i tak (po wybuchu „jaruzelskiej wojny”) ulegliśmy.

Minęło trzydzieści lat od premiery tego filmu. To naprawdę bardzo długo. Więc dlaczego u licha co chwilę spotykam Jarząbków, potykam się o wiklinowe misie, widzę tęczowe flagi (ale nie klubu „Tęcza”) i tylko paróweczek „hrabiego Barry Kenta” nie brakuje. Co jest?! Wciąż jestem w kinie?!

Media doniosły, że policja dała placet jakiemuś bandziorowi na wejście na mecz w Bydgoszczy. Dała chociaż miał on tzw. zakaz stadionowy. Ale zakaz dotyczył meczów ligowych a nie Pucharu Polski - tłumaczy policja. Tak jak w „Misiu”: „Dzwonię, bo nie mogę z tobą rozmawiać”. Trzeba nie tylko być idiotą, aby taką wykładnię zastosować, ale jeszcze trzeba innych traktować jak idiotów, aby to głośno powiedzieć.

Jedna z felietonistek jakiejś gazety ustaliła, że obchody Święta Konstytucji 3 Maja były zbyt katolickie. To wszak jasne, że z oryginału tej ustawy należało wykreślić wszystkie odwołania do Boga, bo one obrażają niewierzących. Słyszę, jak ktoś śpiewa „Łubu-dubu, łubu-dubu niech żyje nam prezes naszego klubu”. Jestem przekonany, że już niebawem ta albo inna felietonistka ustali, że chrzest Polski miał charakter chrześcijański, bo nie było alternatywy w postaci „świeckiego nadania imienia” w pobliskim USC.

Inna felietonistka (albo blogerka - przepraszam, ale nie rozróżniam) zarzuciła prezydentowi RP, że zbyt ostentacyjnie manifestuje swoją wiarę. Podała przykład de Gaulle’a, który – wg niej - przy oficjalnych okazjach taił swoją katolickość. No i znowu „Miś”: „Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi”. Tak właśnie. Tylko słowo „ekranów” zamienić na słowo „tekst” i pasuje. Ów francuski generał i prezydent podczas wizyty w Polsce w 1967 roku wziął udział w Mszy Św. i przystąpił do komunii. Relacjonowało to wiele stacji TV, a także polska prasa. To było głośne. Wystarczy zajrzeć do Internetu. I tak właśnie ma się prawda tamtej niedzieli do „etycznego”, ewidentnego kłamstwa dzisiejszej Środy. „Oczko mu się odlepiło. Temu misiu”???

Pociągi jeżdżą jak chcą, kibole robią co chcą, MAK robi co chce, wiadomości & co donoszą co chcą, tarasoidalni działają jak chcą, Rostowski liczy jak chce, opozycja kona jak lubi, skarbówka łupi jak chce i żal mi się robi tych wszystkich ciężko harujących na naszą demokrację i zapomniany, sowiecki dobrobyt. I ostatni raz „Miś”: „Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się przemęcza dla naszego klubu prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”.

Czy ten seans się nie skończy? Mam przed sobą może dwadzieścia lat życia. Zwiałbym gdzieś na tę końcówkę. Dałbym sobie szansę na normalność. Ale chyba się nie da. Z tego kina nie ma wyjść ewakuacyjnych. Chipsy, cola i od nowa „Miś”.

Prof. Aleksander Nalaskowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »