Marta Brzezińska: Ulicami Warszawy w sobotę przeszła potężna manifestacja pod hasłem „Obudź się Polsko”. Brałam udział w tym marszu nie tylko z racji dziennikarskiego obowiązku i muszę przyznać, że można było wyczuć podniosłą atmosferę. Daleka jednak jestem od hurraoptymistyczych komentarzy, jakie pojawiły się zwłaszcza w prawicowych mediach, typu „Pękł beton” czy „Polska się przebudziła”. Obudziła się, ale czy aby nie tylko na jeden dzień? Co będzie dalej z tą przebudzoną Polską? Czy ta sobotnia manifestacja w jakikolwiek sposób przełoży się polityczne zmiany?
Prof. Zdzisław Krasnodębski: Marsz to marsz. Niewątplwie jednak, liczba osób, które brały w nim udział, spowodowała że po raz pierwszy nie można było tego całkowicie zlekceważyć. Należy zatem docenić jego znaczenie. Sobotni marsz został na przykład zauważony przez zachodnie media, które do tej pory ignorowały różnego rodzaju protesty w Polsce, nie publikowały zdjęć ogromnych tłumów. Trzeba także zauważyć, że politycy partii rządzącej byli wyraźnie przygnieceni wielkością tej demonstracji. Sam marsz jednak, co jest oczywiste, nie wymusi zmiany politycznej. Jak Pani zauważyła, nie zastępuje to codziennej działalności, ale też nie należy na tym jednym marszu poprzestać. Jak wiadomo, za kilkanaście dni, 11 listopada będzie Marsz Niepodległości. Należy wywierać presję na rząd, na polityków w życiu codziennym. W sobotę była także pikieta przed Telewizją Polską, która również zrobiła wrażenie. Tego rodzaju walka, w której obywatele starają się zyskać wpływ na losy państwa, niewątpliwie nie jest prosta, co widzimy na przykładzie innych krajach. Ale nie ma innej możliwości. Władza zazwyczaj stara się ignorować tego rodzaju wystąpienia, zachować spokój, przeczekać. Chodzi więc o to, żeby nas nie przeczekali.
Wspomniał Pan Profesor o Marszu Niepodległości. Ja doskonale pamiętam jeszcze kilka innych, równie dużych manifestacji, które z pewnością mają swój ogromny sens, ale w gruncie rzeczy niewiele zmieniają w naszej polskiej rzeczywistości. Rozmaitych marszów było tak wiele, że w mediach tzw. głównego nurtu pojawiły się już komentarze o „maszerującej prawicy”, która niewiele robi poza organizacją manifestacji. W sobotę przeciwko rządom PO protestowała ogromna rzesza ludzi, ale śmiem twierdzić (oczywiście to tylko sfera „gdybania”), że gdyby za tydzień czy dwa były wybory, to znowy wygrałaby je Platforma.
Tego, szczerze mówiąc, nie wiemy. Prawica oczywiście nie ogranicza się tylko do maszerowania, przecież jeszcze kilka dni temu mówiono wiele o konferencji ekonomistów.Myślę, że tego typu slogany to jakiś sposób rozbrajania tej miny. Slogan o „maszerującej prawicy” jest podobny do tego o zmęczonym Smoleńskiem społeczeństwie. Nie wiadomo przecież, co to społeczeństwo robiło, żeby się tak zmęczyć Smoleńskiem. Ja nie wiem, czy rzeczywiście Platforma ma w tej chwili większość konieczną do wygrania wyborów. Rządzący powinni jednak uwzględniać interesy i życzenia mniejszości, zwłaszcza tak dużej, jak na przykład potrafiącej uzbierać dwa miliony podpisów. Na tym także polega system, nazywany demokracją parlamentarną, konstytucyjną. To nie ma być terror czy dyktat większości. Trzeba uwzględniać w życiu publiczym interesy, postulaty, wartości czy miejsca ważne dla tych, którzy są w opozycji.
Zatem, maszerujmy?
Powiedziałbym tak: „Maszerujmy i róbmy swoje”. Dziennikarze piszą artykuły, inni przekonują współobywateli, jeszcze inni zakładają stowarzyszenia. Starajmy się zmieniać postawy ludzi, a zwłaszcza docierać do tych, którzy są kompletnie obojętni.
Rozmawiała Marta Brzezińska

