Prof. Kazimierz Kik dla Frondy: Amerykanie to nasi przyjaciele - Mosbacher trzeba wybaczyć - zdjęcie
30.11.18, 11:45fot: Youtube/Telewizja Republika

Prof. Kazimierz Kik dla Frondy: Amerykanie to nasi przyjaciele - Mosbacher trzeba wybaczyć

Tomasz Wandas, Fronda.pl: Jak ocenia Pan list pani Mosbacher, który skierowała do Pana premiera? Czy to jawna obrona TVNu czy może kryje się tu drugie dno? 

Prof. Kazimierz Kik, politolog: Pani Mosbacher nie jest zawodowym dyplomatą, stąd być może nie do końca orientuje się, że co innego można zrobić w świecie biznesu, a co innego w świecie dyplomacji. Innymi słowy, składam jej słowa na karb braku dyplomatycznego  doświadczenia. Po drugie, pani Mosbacher mimo, iż - jak dobrze pamiętam - działała w amerykańskiej polityce, bardziej kieruje się filozofią funkcjonowania korporacji niż dyplomacji. W korporacjach przemysłowych, finansowych gdy jest się właścicielem spółki, to można do rezydentów, dyrektorów banków, prezesów używać języka, który pani Mosbacher użyła w liście do premiera Morawieckiego. Jednak mechanizmy myślenia korporacyjnego absolutnie nie nadają się do funkcjonowania współczesne świata, zwłaszcza świata państw suwerennych. Po trzecie wydaje mi się, że amerykańska ambasador zbyt dosłownie przyjęła przekonanie, że Stany Zjednoczone są hegemonem świata. W sumie, od upadku systemu socjalistycznego w Polsce, czyli od 1989 roku, nikt do Polaków nie odważył się mówić takim tonem (w latach pięćdziesiątych czasem mówili tak do nas przywódcy z Kremla). 

Treść listu, jego ton, wywodzi się raczej z tradycji dominującej w świecie korporacji amerykańskich, które administracja USA chroni wszędzie (także i w świecie). Nie da się nie zauważyć, że treść listu była wypowiedzią w obronie interesów amerykańskich, ich kapitału zaangażowanego także w  szeroko pojętą korporację TVN. Dlatego drugim dnem tej sprawy jest fakt, że interesy finansów zostały postawione wyżej niż interesy sojusznicze między Polską a USA. 

A jak skomentować reakcję ministra Brudzińskiego z jego głośnym wpisem na Twitterze?

Całkowicie podpisałbym się pod tym co powiedział minister Brudziński, dlatego, że także uważam, że reportaż TVN na temat urodzin Hitlera był prowokacją. Nawet jeśli na tych zdjęciach wystąpili przedstawiciele "jakiegoś" ruchu o "jakieś nazwie", to jednak byli oni zainspirowani przez przedstawicieli TVNu. Z dotychczasowych informacji wynika, że to nie przedstawiciele pewnego "tajemniczego  prawicowego stowarzyszenia" byli inspiratorami tego wydarzenia, a  pełnili jedynie rolę wykonawcy. Mieliśmy zatem do czynienia z wykorzystaniem potencjału tych "biednych", "ogłupiałych" ludzi, którzy wzięli w tym wydarzeniu uczestnictwo oraz wykorzystanie go (ich) przez ekipę telewizją, która zbierała materiały dla poparcia swojej tezy. Słowa pana ministra Brudzińskiego oddają ducha stosunku emocjonalnego Polaka do tego typu manipulacji. 

Zwraca się uwagę, że ton ambasador wynika z błędnej retoryki rządu Polski, to znaczy nadmiernego podkreślania, że to USA gwarantują nam bezpieczeństwo. To słuszna uwaga?

Myślę, że nie powinniśmy traktować zbyt poważnie tego incydentu. Co więcej ten incydent wynika - w moim przekonaniu - z niezbyt dużego doświadczenia w dyplomacji pani Mosbacher.  Powinnismy to zrozumieć, i wydaje mi się, że pani Mosbacher też to zrozumie, iż Polska jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, i ten sojusznik (my) mamy "bzika" na punkcie suwerenności Rzeczpospolitej. Ostre reakcje Polski na tego typu zachowania są w pełni uzasadnione i w niczym nie zmieniają tego, że Polska nadal chce być sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. 

Sojusznikiem a nie najemnikiem Stanów Zjednoczonych...

Dokładnie tak. Polska czuje się sojusznikiem w poważnych sprawach i wspiera rolę oraz znaczenie USA w świecie i oczekuje od USA tylko tego by uznano nasz partnerski stosunek do Stanów Zjednoczonych. Natomiast zachowanie pani Mosbacher nie oddaje ducha stosunku polityki USA wobec Polski, oddaje tylko słowa mało doświadczonej w dyplomacji dyplomatki. 

Czy zatem nie powinna zostać zdymisjonowana? Jeśli nie zostanie, to czy ta sytuacja się nie powtórzy?

Przeciwny jestem gwałtownym reakcjom. Podobno jesteśmy sojusznikami żeby nie powiedzieć przyjaciółmi, a przyjaciołom wybacza się wiele. W związku z tym nie reagujemy nadmiernie na błędy, gdyż nie jest to zasada (w polityce amerykańskiej), która została wyrażona w słowach pani Mosbacher. W moim przekonaniu powinno być tak jak między przyjaciółmi, czyli: powiedzieliśmy sobie po słowie i idziemy dalej. 

Dziękuję za rozmowę.