Luiza Dołęgowska, Fronda.pl:  Minęła siódma rocznica Katastrofy Smoleńskiej. Do niedawna niewiele działo się w sprawie zbadania jej faktycznych przyczyn i formalnie mieliśmy tylko raport komisji Jerzego Millera na podstawie raportu gen. Anodiny. W związku z tym, że jest Pan profesorem, dr. hab. fizyki, a oprócz  tego członkiem AKO i komitetu doradczego Konferencji Smoleńskich, chciałabym zapytać, jak skomentowałby Pan brak odpowiedzi dra Macieja Laska na pytanie inż. Glenna Jorgensena, dlaczego samolot  TU 154 M nie zostawił krateru po zderzeniu z ziemią?

Prof. dr hab.Grzegorz Musiał, fizyk, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu: Prawa fizyki są nieubłagane. Jeżeli samolot, który ma około 80 ton, rozpędzony do 240 kilometrów uderza w miękki grunt, to zgodnie z trzecią zasadą dynamiki Newtona tej akcji musi towarzyszyć taka sama reakcja. Pęd samolotu musi zostać przejęty przez grunt, a dokładniej zgodnie z drugą zasadą dynamiki Newtona zmiana pędu w krótkim czasie powoduje ogromną siłę działającą na grunt. Zanim prezydent Barack Obama zakazał administracji amerykańskiej udzielania informacji w tej sprawie poza kontrolą administracji centralnej, prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu w Akron otrzymał wyniki symulacji przeprowadzonej w Ferderal Highway Administration USA, które wiele razy referował. Założono tam, że to był normalny grunt - nie mówimy o gruncie błotnistym - ale zwykły, zwięzły grunt - i ten samolot powinien zostawić krater o głębokości od metra do dwóch stopniowo wypłycający się na dystansie co najmniej dwóch długości samolotu. W przypadku takiego gruntu, jaki był na Siewiernym pod Smoleńskiem, powinien powstać lej o głębokości około dwóch metrów. Prawa fizyki muszą być spełnione. Absolutnie się pod tym podpisuję. Jeżeli natomiast ktoś nie odpowiada na pytanie, to znaczy, że nie ma odpowiedzi, a jest ono bardzo proste.

Jak to jest możliwe, że w przypadku innych katastrof samoloty o podobnych wymiarach wycinają duży las jak zapałki i skrzydłom nic się nie dzieje, ludziom udaje się przeżyć, a pod Smoleńskiem miałaby zadecydować jedna, marna brzoza?

Podobnie było w Lesie Kabackim, gdzie zginęła w katastrofie Anna Jantar. Samolot skosił całe połacie lasu. Na temat wytrzymałości materiałowej oczywiście też możemy rozmawiać. Samolot, który wbił się w wieże World Trade Center przeciął stalowe rdzenie, które stanowiły konstrukcję wieży. Sa inne zdjęcia, dokumentujące jak samolot zaczepił lądując o stalową latarnię i ją ściął. Biorąc pod uwagę wytrzymałości materiałów, stosowne obliczenia były przeprowadzone przez prof. W. Biniendę, zostały bardzo wyczerpująco pokazane i przedyskutowane. Państwo kontestujący to, między innymi doktor Lasek, mówią o złych wartościach parametrów, ale nie pokazują wyników swoich obliczeń. Nie wskazują także, jakie to powinny być wartości. Ignorują fakty, że prof. W. Binienda bardzo szerokie przedziały wartości parametrów wziął pod uwagę. Dlatego podkomisja, która teraz działa, zrobiła badania rzeczywiste, w tunelu aerodynamicznym, żeby pokazać, że pewne rzeczy są tam po prostu niemożliwe z punktu widzenia działania praw fizyki. Skoro nie trafiają tego typu argumenty teoretyczne, to trzeba było przeprowadzić badania praktycznie.

Patrząc na katastrofę nawet z punktu widzenia zwykłego człowieka pojawia się mnóstwo wątpliwości bo jak to możliwe, że samolot roztrzaskał się na kilkadziesiąt tys. kawałków a nie zostawił leju czy krateru? Czy nie jest to ewidentne, że musiał rozlecieć się w powietrzu?

Musiało go coś rozsadzić, bo na skutek kontaktu z ziemią samolot się tak nie rozkawałkuje. Nie musimy się posługiwać symulacjami, bo było wiele takich katastrof, łącznie z samolotem w Turcji kilka lat temu, który zderzył się z granitową ścianą i nawet wskutek takiego zderzenia samolot tak się nie rozkawałkował, nie rozpadł się na dziesiątki tysięcy drobnych kawałków tylko na kilka części. Przecież w znanym filmie Anity Gargas, znakomitej dziennikarki śledczej, jest pokazane, że całe kosze drobnych elementów poszły na złom, a wcześniej fruwały po dachach. Pojawia się pytanie: jak samolot, zderzając się z ziemią mógł rozrzucić tak szeroko tak drobne kawałki? Przecież każdy może gołym okiem dostrzec, że musiało nastąpić wielkie ciśnienie wewnątrz, które rozsadziło samolot. Źródła tego ciśnienia nie podajemy, bo trudno nam się tu wypowiadać nie będąc śledczymi, ale ogromne ciśnienie musiało być.

Pan dr Lasek mówił w wywiadzie dla Tok FM 11.04.2017, że nie jest możliwe, aby na pokładzie TU 154 M była bomba termobaryczna, bo drzwi samolotu nie zostały pod wpływem eksplozji odkształcone na zewnątrz a wskaźniki nie sygnalizowały nagłego wzrostu ciśnienia. Jak Pan Profesor oceniłby tę wypowiedź?

Jest to ewidentnie manipulowanie faktami. Sądzę, że destrukcja była szybsza niż czas potrzebny na rejestrację. To można łatwo rozstrzygnąć. Jeżeli byłaby to bomba termobaryczna, to musi być tak duża, żeby wybrzuszyć drzwi? Powinna nastąpić ocena materiałowa, czyli trzeba ocenić wytrzymałość materiałów, zabezpieczeń poszczególnych elementów konstrukcyjnych, a nie sobie ,,strzelić'' i rzucić takie teksty spod palca. Jednak jeśli on to wie, to może podałby jakieś źródło, na podstawie którego tak twierdzi?

Z tego, co ja się orientuję, to elementy są tak mocowane, że raczej wyrwie się drzwi z futryną, niż wypadną lub ulegną zniszczeniu same drzwi. Tutaj wykraczam poza swoje kompetencje i jest to rzecz do dokładnego sprawdzenia. Natomiast bomba termobaryczna mogła być użyta w różny sposób. Mogło być kilka mniejszych, a nie jedna duża. Są też szeroko znane wielopunktowe wybuchy. Dzisiaj można przy pomocy takich wybuchów wielopunktowych dosłownie odcinać nie tylko duraluminium, ale też elementy stalowe prawie jak nożem. Można sobie obejrzeć takie rzeczy w internecie. To wszystko jest tylko kwestią odpowiedniego zorganizowania.

My musimy zobaczyć skutki, czyli przede wszystkim zobaczyć ten wrak, zestawić wszystko razem tak, jak to zrobili Holendrzy z samolotem zestrzelonym nad Ukrainą. Wszystko zebrać, zestawić i powiedzieć, gdzie, co i jak mogło nastąpić. Mogło być kilka mniejszych wybuchów, na co wiele wskazuje, więc te skutki nie muszą być aż takie wyraziste, jak mówi pan Lasek - niech poda przede wszystkim jakieś źródło i jakiekolwiek wyliczenia.

Czy nie łatwiej zatem jest kwestionować całą pracę włożoną w badanie Katastrofy przez podkomisję dra Berczyńskiego i wybrać ,,najmniejszą linię oporu'' - czyli w pewien sposób powielić rosyjski raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) gen. Anodiny?

Na to wygląda, bo polski raport się istotnie od raportu rosyjskiego nie różni. Co więcej - gdy powstał rosyjski raport, Polacy zgłosili liczne zastrzeżenia. Co działo się w kwestii odpowiedzi na te zastrzeżenia? Przecież byliśmy poinformowani przez ówczesne władze, że zostaną rozpatrzone, ale Rosjanie uznali, że jest to taka ciekawostka, bo raport jest jeden, a załącznik nr 13 do Konwencji Chicagowskiej nie przewiduję żadnej poprawki, korekty, konsultacji itd. Śledztwo zostało oddane w ręce Federacji Rosyjskiej i oni to śledztwo przeprowadzili, zakończyli i zrobili raport, nie oczekując żadnych uwag z naszej strony. Sytuacja jest beznadziejna z punktu widzenia tamtego rządu, który oddał śledztwo stronie rosyjskiej, i nie da się tego wytłumaczyć w żaden inny sposób.

Dziękuję za rozmowę.