Uroczystość Bożego Ciała przypomniała mi widziane swego czasu bardzo poruszające zdjęcie przedstawiające procesję eucharystyczną z pierwszych lat po wojnie. Pod baldachimem idzie prymas August Hlond trzymając w rękach monstrancję z Ciałem Chrystusa,. Warszawa to jeszcze kupa gruzów, co  sprawia przejmujące wrażenie. Bardzo interesująca jest jedna z postaci podtrzymujących ręce prymasa – odziany w oficerski mundur Piotr Jaroszewicz we własnej osobie.

 

Pokolenie, które z przestrzeni publicznej pamięta jeszcze nieco więcej niż tylko telewizyjne reklamy, dobrze wie o kim mowa, młodszemu napomknę słów parę: szef Głównego Zarządu Politycznego komunistycznego Wojska Polskiego, później wiceminister obrony narodowej i generał brygady, a następnie – dywizji. Etatowy, można rzec – bo przez prawie 30 lat – poseł na Sejm; poza tym stały przedstawiciel PRL w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (był taki twór, coś w rodzaju komunistycznej wersji Unii Europejskiej), wreszcie członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i przez dziesięć lat, za czasów Gierka, premier tej cudownej krainy mlekiem i miodem płynącej. Postać zatem nie byle jaka, obdarzona realną i poważną władzą; dziwić więc może, skąd tak blisko Chrystusa przedstawiciel prosowieckiego establishmentu walczącego zażarcie z Kościołem, bo - poza wszystkimi wymienionymi funkcjami i stanowiskami – był jeszcze, jak twierdzą źródła dobrze poinformowane… przedwojennym agentem NKWD. Jakimś wytłumaczeniem jego obecności u boku prymasa Hlonda może być fakt, że Jaroszewicz był synem prawosławnego księdza i - podobnie jak generał Jaruzelski - pochodził z głęboko wierzącej rodziny. Poza tym zdjęcie zrobiono przed rokiem 1949, kiedy to komuniści nie dążyli jeszcze w otwarty sposób do zwarcia.

 

Bardziej jednak zastanawia mnie to, co stało się później. W jaki sposób aparat władzy i płynących z niej korzyści i przywilejów oraz machina terroru i strachu wpłynęły na człowieka, który przyznawał się do Chrystusa, a następnie coraz bardziej od Niego się oddalał. Tę tajemnicę ludzkiego serca już wiele lat temu zabrał ze sobą z tego świata, zresztą w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach; nie ma więc na to odpowiedzi. Żeby było jasne - ludzkiej odpowiedzi. Zna ją jednak Bóg. Ten, który wyszedł dziś na ulicę, by przypomnieć, że i ja, i Ty możemy się pogubić dosłownie w każdym momencie naszego życia, ale mamy jednak do kogo wrócić. Do Boga, który jest bardzo blisko. Szedł z nami tą samą ulicą.


Paweł Krzemiński