– Katastrofa smoleńska niektórych niczego nie nauczyła. Urzędnicy dalej wtrącają się do tego, kto z obsługi delegacji ma lecieć, a kto zostaje. Nie wiem, kto by odpowiadał, gdyby na pokładzie samolotu z powodu braku lekarza coś się komuś stało – mówi "Gazecie Wyborczej" wysokiej rangi urzędnik MSWiA.
- Sytuacja nie wyglądała groźnie, ale zdziwiłem się, że pomocy udziela stewardesa, bo pamiętam, że w skład delegacji zazwyczaj wchodził lekarz - potwierdza Jacek Czarnecki, dziennikarz Radia ZET, który był na pokładzie.
- Lekarz był zawsze obecny przy podróżach prezydentów Wałęsy, Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego, nawet przy tej ostatniej do Smoleńska [Wojciech Lubiński, osobisty lekarz Lecha Kaczyńskiego, zginął w katastrofie 10 kwietnia'/>. To podstawowy element zabezpieczenia medycznego tego typu delegacji - mówi wieloletni oficer BOR.
Według źródeł "Gazety" lekarz początkowo miał lecieć wraz z prezydentem na pokładzie. Wykreślił go jednak jeden z prezydenckich ministrów, żeby na pokładzie zmieściło się jak najwięcej osób towarzyszących i dziennikarzy - ponad połowa w 59-osobowej delegacji.
Po incydencie w Biurze Ochrony Rządu powstała notatka. Funkcjonariusz BOR zwraca w niej uwagę na to, że gdyby stan fotografa był poważniejszy, mogłaby zajść potrzeba nieplanowanego lądowania na "niezabezpieczonym lotnisku". BOR nie chce treści notatki komentować.
Biuro prasowe Kancelarii Prezydenta w odpowiedzi na pytanie o incydent wydało oświadczenie. "Nie ma podstawy prawnej, która określa obecność lekarza osobistego Prezydenta RP podczas jego oficjalnych wizyt zagranicznych" - czytamy. W drugiej części pisma kancelaria przyznaje jednak, że "praktyka i dotychczasowe doświadczenie wskazują na taką potrzebę".
żar/Wyborcza.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

