Jak poinformowała dzisiejsza „Rz”, były prezes Narodowego Centrum Sportu Rafał Kapler zażądał od NCS premii za „37-miesięczną pracę w Centrum odpowiedzialnym za budowę Stadionu Narodowego w Warszawie”. Kapler domaga się 571 tys. 187 zł i 50 groszy.

 

Z informacji podanych przez gazetę wynika, że spółka do tej pory nie odpowiedziała na żądania Kaplera.

 

- Już 16 lutego powiedziałem, że umowa Pana Rafała Kaplera „została tak skonstruowana, że nawet gdyby np. z jakiegoś powodu go aresztowano nie wykluczałoby to przyznania ponad półmilionowej premii.” Powtórzyłem to na antenie polskiego radia: „Umowa jest sformułowana tak, że pan Kapler premię dostanie, choćby stadion się zawalił.(Wywiad z 17 lutego 2012r.)” No i … się zaczyna walić. 9 maja 2012r. TVN24 doniosło, że odpadł fragment sufitu na Stadionie Narodowym. Przecież za taką „wspaniałą” robotę należy się premia Panu prezesowi – pisze na swojej stronie poseł PiS Jerzy Polaczek, który ujawnił tajny aneks do umowy Kaplera.

 

Polaczek wcale nie obwinia Kaplera, że walczy o swoje. To nie jego wina, że Minister Sportu zgodził się na taki kontrakt i go sygnował. - Kto z nas nie chciałby mieć tak skonstruowanego kontraktu? Jestem tylko ciekawy czy ktoś odpowie za to marnotrawstwo publicznych pieniędzy – dodaje poseł.

Przypomnijmy, kontrakt Kaplera był zmieniany trzy razy, ale kontrowersyjne zapisy pojawiły się w nim niedługo przed dymisją Mirosława Drzewieckiego w 2009 roku, ówczesnego ministra sportu, który sygnował umowę. W aneksie zostały określone warunki wypłaty podzielonej na dwie części premii: trzy piąte kwoty (ok. 350 tys. zł) po uzyskaniu pozwolenia na użytkowanie Stadionu Narodowego, a resztę – po mistrzostwach. Co więcej, aneks gwarantował Kaplerowi wypłatę premii, nawet gdyby pracował źle, albo wcale. Dodatkowe wynagrodzenie nie było uzależnione od tego, czy Stadion Narodowy zostanie oddany do użytku w terminie.

 

eMBe