W Polsce jest dość istotnych problemów, natury społecznej, gospodarczej, politycznej czy kulturowej, by hasła o groźbie lewicowego ekstremizmu czy prawicowego radykalizmu traktować poważnie. Zaś faktyczna zbrodnia, która rzeczywiście mogła mieć podłoże polityczne, jaka niedawno się dokonała w Łodzi, była dziełem człowieka, który, jak się zdaje, zbyt wziął sobie do serca to, co widział i słyszał w mediach głównego nurtu.

Groźny nie ekstremizm, a jeden ośrodek władzy

Jeśli mamy dziś w kraju do czynienia ze wzrostem nastrojów radykalnych, z coraz bardziej emocjonalnym, wręcz histerycznym podejściem do spraw politycznych, to bynajmniej nie generują tych zachowań i postaw lewicowi ekstremiści, ani młodzież spod znaku ONR. Owszem, należy brać pod uwagę (i to już dziedzina odpowiednich służb) możliwość przepoczwarzenia grupek takich radykałów w niebezpieczne organizacje, posługujące się przemocą jako środkiem dla swoich dość mglistych, czy urojonych celów, jest to jednak bardzo nikłe zagrożenie. Realna groźba zaś to pogłębiająca się trywializacja dyskursu publicznego, wewnętrzna słabość opozycji czy wreszcie skupienie większości władzy na poziomie centralnym i lokalnym w ręku jednego środowiska politycznego. Bo to oznacza praktyczne przyzwolenie na szeroko pojętą korupcję, brak oddziaływania społecznego na projekty polityczne, narzucenie jednego sposobu debaty o sprawach publicznych, brak jawności w życiu narodowym. To oznacza przyzwolenie na ostentację i bardzo niejasne, ba, nieprzyzwoite zachowania polityczne, czego widomym przykładem zaproszenie generała Jaruzelskiego na spotkanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że publicyści lubią czasem uderzyć w wielki dzwon, mocną tezą wywołać zainteresowanie czytelnika. Więcej jeszcze: są demiurgami życia publicznego i to, jakie poruszają tematy, wpływa na całościowy obraz „tu i teraz” panujących wyobrażeń społecznych i zainteresowań przejawianych przez „opinię publiczną”. Jeśli zatem redaktor Blumsztajn postanowił urządzić wielką, antyfaszystowską krucjatę, zaś prawicowi publicyści nieco później odwdzięczyli mu się pogadankami o „lewicowym terroryzmie”, to przyjmuję to jako manierę „dyskursu publicznego” w III Rzeczpospolitej. I tak gry i zabawy młodzieży na świeżym powietrzu, albo – idiotyczne, przyznam – fascynacje marginalnych środowisk lewackich, przygarniętych do czułej piersi barmanów z „Nowego Wspaniałego Świata”, wciągnięte zostają do głównonurtowych debat.

Schizofrenia i hipokryzja prawicy i lewicy

W sporach tych każda strona, wykazując się odpowiednią dawką hipokryzji i błogiej ignorancji, uznaje swą moralną wyższość nad „innym”. „Inny” okazuje się „nazistą”, odpowiedzialnym za obozy koncentracyjne, albo „lewackim terrorystą”, nihilistą i zdemoralizowanym bojówkarzem „antycywilizacji”. Jedno i drugie jest ostatecznie naiwnym uproszczeniem, albo cyniczną manipulacją, ale w huku dział fakt ten umyka. A szkoda, bo interesującą dyskusję w obrębie własnych środowisk, akolitów myśli mogliby przeprowadzić jedni i drudzy. Ot, choćby: dlaczego lewica powinna zrozumieć, że efektywne działania utrudnia jej dziś „grzech PRL” i pomyśleć, czym jest dyskretna opieka, bo przecież nie „dyktatura” byłych socjalistów (Michnik, Blumsztajn są tu znakomitymi przykładami) nad czołowym projektem nowej lewicy w Polsce. Prawicowi publicyści mogliby zapytać siebie, jak to jest, że dziś straszą „lewackim terroryzmem”, a przecież stosunkowo niedawno, na łamach „Rzeczpospolitej” Sławomir Sierakowski wydrukował całkiem pokaźny artykuł o RAF… A nie przypominam sobie, by w tym sztandarowym tytule polskiej myśli prawicowej choć raz ukazał się tekst o przedwojennej, polskiej lewicy niepodległościowej. Tak, schizofrenia i hipokryzja to bardzo przydatne w polskich debatach politycznych przymioty. Wzajemne umizgi prawicowo-lewicowej „warszawki” są faktem. I nie mniej niż poglądy znaczy, kto z kim pije wódkę, czy pali fajkę. Bynajmniej, nie jest to teza oszołoma, raczej nieco wstydliwie ignorowany fakt.

Prawdziwy strach

Nie przeraża mnie wizja lewicowego ani prawicowego terroru; nie śmierdzi mi w Polsce ani szygalewszczyzną, ani duchem „kryształowej nocy”. Przeraża natomiast mierność i bezkarność w polskiej polityce i mediach, ich amoralny, a do tego beztreściowy przekaz, ich struktury i kanały informacji. Zblatowanie polityki, mediów, biznesu i częsta bezsilność obywateli wobec hegemonii tych trzech. To oczywiście uproszczenie, ale czy całościowo bezzasadne?

Nie straszcie mnie zatem swoimi urojeniami, panowie publicyści i demiurgowie powszechnie wyznawanych myśli. Spójrzcie przez okno, wtedy się może przerazicie. I stańcie przed lustrami.

Krzysztof Wołodźko

Stały współpracownik Magazynu "Obywatel", redaktor Salon24.pl. Prowadzi bloga Consolamentum.salon24.pl

Śródtytuły pochodzą od redakcji

To kolejny głos w dyskusji portalu Fronda.pl na temat zagrożenia lewicowym ekstremizmem w Polsce. Zobacz także:

Stefan Sękowski - Lewa noga nas skopie?

Jarosław Makowski - Nuda ich zabija!

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »