Fronda.pl: Zimno, prawda?
Kacper: Zimno.
Melchior: Cenimy sobie jednak nasze kultury. Baranicy za nic nie włożę.
Baltazar: Albo bluzy z kapturem.
Podziwiam. I nie ukrywam zdziwienia. Czytałem, że dwa tysiące lat temu Wasze Królewskie Mości nawiedziły w stajence Jezusa.
K: W grocie.
M: Bądźmy precyzyjni.
B: Inkulturacja ma jednak swoje granice, jak uczy Sobór Watykański Drugi.
Grocie, nie grocie, ale dwa tysiące lat temu. Tyle wieków, a Wasze Królewskie Mości wciąż...
K: Wciąż w podróży.
M: Ciekawość ludzka nie ma swoich granic. Zdziwienie jest początkiem poznania.
B: To z Arystotelesa.
Panowie, nie wnikam, jestem tylko dziennikarzem.
K: Bylibyśmy wcześniej.
M: Ale gazety docierają do nas jednak z pewnym opóźnieniem i nieco chaotycznie, zatem o Kanale Sueskim dowiedzieliśmy się dopiero w Europie.
B: A wybraliśmy podróż morską, trzeba więc było opłynąć Afrykę.

I pierwsza była Portugalia, potem Hiszpania.
K: W Portugalii były dobre ryby. Wspaniałe. Ciągnęło nas jednak do Hiszpanii.
M: Razem z gazetami dotarły do nas dzieła Izydora z Sewilli, uczonego męża. Jego etymologie chcieliśmy nawet przetłumaczyć na nasze języki. Słaliśmy więc do niego listy z prośbą o kopirajt, ale nie odpisywał. Myśleliśmy, że załatwimy tę sprawę po drodze.
B: Pamiętaliśmy wszelako o przestrogach przed Saracenami. Bo chociaż saraceństwo znamy aż nadto z naszych rodzinnych stron, to jednak nie pałamy ku niemu specjalną miłością.
Izydora nie spotkaliście?
K: Nie spotkaliśmy.
M: Pewnie skończył na saraceńskim palu.
B: Sporo ich w tej Hiszpanii. Minaret za minaretem.
Podobno jeszcze więcej we Francji.
K: Być może. We Francji nas podjął ich władca, Mikołaj. Ponoć importowany.
M: Ale przyjmować gości umie, nie powiem. Jadła było dostatek, a królewska małżonka śpiewała nam przy kolacji.
B: Uczta była przednia, naprawdę. Ciągnęło nas jednak do nauki. Wiele słyszeliśmy o mistrzach tamtejszego uniwersytetu.
Władca zapewne spełnił życzenie Waszych Królewskich Mości?
K: A jakże, spełnił. Powiedział, że pokaże nam, co tylko zechcemy. My więc mówimy, że wiele słyszeliśmy o wysokim poziomie paryskich artes liberales i chcielibyśmy poznać mistrzów tego wydziału.
M: A on na to - słucha pan, bo to dobre. - On na to: A co to są te sartes biberares?
B: Więc mu mówimy, że sztuki wyzwolone.
Załapał?
K: Tak nam się wydawało. Ciągnął nas z zapałem przez pół Paryża. Noc była, ta śmieszna latarnia morska w środku lądu świeciła bosko, a urocze niewiasty czekały na ulicy na swoich małżonków. Pewnie jeszcze nie wrócili z wojny.
M: Zamiast na uniwersytet przywiódł nas jednak do jakiejś świetlistej gospody. Mówił, że tu właśnie uprawiają sztuki wyzwolone.
B: A tam były tylko eunuchy, które przytulały się w kolorowych strojach.
I ani śladu profesora?
K: Był jeden. Wyglądał nawet dość normalnie. Długie włosy, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, a na nosie szkła, które świadczą o uczoności.
M: Palił przy tym ziele w pergaminie. Siedział cały w siwych oparach. Oczy wskazywały, że mąż ów był pogrążony w wieszczym nastroju.
B: Podjęliśmy więc próbę dialogu międzykulturowego.
Owocnego, jak mniemam...
K: Właśnie, że niezbyt. Ziele nam nie smakowało, a kiedy zapytaliśmy, czym się zajmuje...
M: ...on odparł, że dżenderem jakimś. My więc, że brzmi nam to cokolwiek z saraceńska.
B: A on rozparł się na te słowa jeszcze bardziej na swym siedzisku, wzniósł oczy ku górze i wykrzyknął: A jakże!
Ruszyły zatem Wasze Wysokości dalej.
K: Do Brukseli. Mówili wszyscy, że tam jest najpotężniejszy król w Europie. Z dynastii Portugalskiej.
M: To nie była dobra wizyta, on się słabo zna na ceremoniale. Myśląc, że jest to władca naprawdę potężny, dołożyliśmy wszelkich starań, by wypaść jak najlepiej.
B: Trzykrotny pokłon, taniec naszych dworek i trąby najprzedniejszych wojów naszego orszaku nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Był mocno znudzony, ziewał, na koniec dał nam po małej chorągiewce z gwiazdkami i poszedł.
I trafiły Wasze Królewskie Mości to Polski.
K: Chwila, chwila. Jeszcze Niemce były.
M: Tam to mieliśmy ubaw. Tarzaliśmy się po dywanie ze śmiechu.
B: Bo, proszę sobie to wyobrazić, Germanami rządzi baba (śmiech).
To serdeczna przyjaciółka naszego premiera.
K: Poważnie? Wkręcasz nas.
M: Ekhem.
B: Poprosimy następne pytanie.
Dobrze, jesteśmy w Polsce.
K: Nie możemy narzekać, powitano nas tu godnym orszakiem.
M: Sporo tu u was światła jakoś. No, na ulicach tak dosyć jasno.
B: Wasz król specjalnie odwołał wizytę w Japonii, aby się z nami zapoznać. Wasz premier zaś uraczył nas historiami z dalekiego kontynentu, o którym jeszcze nie słyszeliśmy. Maczu-piczu, powtarzał. Ciekawe to nawet było.
Prasa pisała, że macie teraz odwiedzić Moskwę.
K: Mogą sobie chłopacy Moskale pomarzyć. Ich car rzeczywiście nas zaprosił. Obiecywał góry złota i udziały w Gazpromie.
M: Mówił, jak by to się z nami chętnie pospierał o literaturę, że głód wiedzy, no i ogólnie, że jest otwarty na nowe prądy intelektualne. Ostatnio nadrabiał podobno zaległości z Sołowiowa i chciał z nami dwie kwestie przedyskutować.
B: Tak, „przedyskutować" z nami, co wiemy na tematy najważniejsze. Już przerabialiśmy ten numer.
A co Wy wiecie na tematy najważniejsze?
K: Pora...
M: Chyba...
B: Kończyć.
No dobrze, już dobrze. To na koniec krótkie podsumowanie. Czy Europa jest dla Waszych Królewskich Mości rozczarowaniem?
K: Bez przesady.
M: Nie takie rzeczy się już widziało.
B: Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. To jest mocne. A jeśli chodzi o europejską bieżączkę? No cóż. Może i tu wydarzy się prawdziwe oświecenie.
- I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku Twojego wschodu. O to może chodzi?
K: O to chodzi!
M: Tylko po swoich politykach za dużo się nie spodziewajcie.
B: Życie nas nauczyło, że prawdziwy Król nigdy nie rodzi się w stolicy.
Rozmawiał Maku, mikrofon trzymał Laturra.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

