Jedną z niewątpliwych zalet rzeczywistości wirtualnej jest ułatwianie ludziom wzajemnych kontaktów. Wirtualny świat jest idealną kombinacją czegoś, co jednocześnie możemy łatwo oswoić i uczynić własnym, z bezpieczną bezosobowością i anonimowością. To my decydujemy z kim nawiązujemy kontakt, to my ujawniamy tyle ile chcemy o sobie. Ale czy na pewno? Podstawową zasadą działania sieci jest zdobywanie informacji o użytkownikach. Informacja bowiem przekłada się na konkretne pieniądze, wiedza pozwala badać rynki, dostarczać ukierunkowanych reklam. Dlatego właśnie najważniejsze jest takie skonstruowanie strony, aby zapewnić jej jak największy odzew ze strony użytkownika. Idealnym rozwiązaniem jest taka sytuacja, kiedy internauta nie dość, że sam tworzy stronę internetową dodając treści, zdjęcia i filmy, to jeszcze zostawia ślady, które pozwalają skierować do niego właściwą reklamę. Dlatego zachęta i kuszenie do wypowiadania się, podbijania, komentowania, jest podstawową zasadą działania. W ten sposób to, co dla użytkownika wydaje się być darmowe, umożliwia przy relatywnie małym nakładzie środków zarabianie na jego internetowej aktywności.

 

Jednak jest jeszcze jeden aspekt „życia w sieci”. Kiedy otwieramy przeglądarkę, to robimy to w środowisku, które wydaje się nam bezpieczne, bo robimy to w naszych domach, w miejscu, które jest jakoś naszym. Wydaje się nam jednocześnie, że jest to miejsce anonimowe, takie, w którym my widzimy wiele, ale inni nas nie widzą. Wszystko to powoduje, że w kontaktach przez Internet nie odczuwamy zagrożeń i trudności, które towarzyszą nam przy spotykaniu się bezpośrednio. Jesteśmy w zaciszu własnego domu, podczas gdy, tak na prawdę jest zupełnie tak, jakbyśmy wyszli na ulicę, gdzie nasze życie bywa zagrożone, choćby poprzez nadjeżdżające samochody. Niebezpieczeństwo w sieci wydaje się jednak nierealne i odległe.

 

Dodatkowo człowiek poddając się ocenie innych w pewien sposób czuje się zmuszony do tego, aby przekazywać treści coraz bardziej intymne i nawet szokujące, aby jakoś w sieci zaistnieć i się wyróżnić. W realnych kontaktach mamy coraz większe trudności z mówieniem o swoich odczuciach i problemach, ponieważ w sieci można zrobić to łatwiej. Drugi człowiek jest w osobistym kontakcie zawsze wyzwaniem, zawsze istnieje ryzyko odrzucenia i zranienia. Tak jak wirtualna szczerość jest łatwiejsza od szczerości wobec kogoś, z kim stoję twarzą w twarz, tak samo wirtualne zranienie jest łatwiejsze do przełknięcia. Coraz częściej decydujemy się na to drugie i zaczynamy być sobie bliżsi wirtualnie niż realnie.

 

Być może tutaj tkwi powód dlaczego w sieci często mówimy o sobie chętniej i ujawniamy wiele więcej osobistych informacji niż w realu. Internet jest atrakcyjny i wciągający, dlatego też, choć nie mam czasu dla najbliższych, to jednak zawsze znajdziemy chwilę, aby zajrzeć na portal społecznościowy, choćby przez aplikację w telefonie. Tutaj także chyba leży powód coraz częstszych doniesień o tym, że portale społecznościowe przyczyniają się do rozpadu małżeństw. Według ostatnich informacji w niektórych krajach nawet co trzeci rozwód ma swoje sieciowe korzenie. Niezwykle istotne więc wydaje się pytanie o granicę. Jaka jest granica aktywności w sieci, której przekroczenie wskazuje na to, że nasze przebywanie w wirtualu staje się niebezpieczne? Zanim odpowiemy na to pytanie warto także zauważyć, że pisząc o zagrożeniach nie można zapominać, że Internet może i często jest, niezwykle wartościowym narzędziem w naszym codziennym funkcjonowaniu. Nie możemy dziś żyć bez działania online. Gdzie jest jednak bezpieczna granica i jak ją znaleźć?

 

Oczywiście dla każdego z nas powinno być to przedmiotem rachunku sumienia, nie da się bowiem ustalić tej granicy w sposób jednakowy dla wszystkich. Wiele zależy od tego kim jesteśmy, jaki zawód wykonujemy i tego, czy np. jesteśmy uzależnieni od sieci. Warto też odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wiele czasu w ciągu dnia spędzamy w sieci. Jeżeli jest go więcej niż poświęcamy rodzinie, to w naszym sumieniu powinien chyba odezwać się alarm.

 

Kolejną rzeczą, która powinna nas zmusić do refleksji jest zanik życia towarzyskiego. Jeżeli mamy naszych przyjaciół tylko w sieci i coraz bardziej przestajemy się spotykać ze znajomymi, to także jest niepokojący sygnał. Jeżeli ktoś ma tysiące znajomych w sieci, to najczęściej nie ma nikogo, z kim mógłby się spotkać i zwyczajnie porozmawiać, czy spędzić razem czas.

 

I w końcu najważniejsze pytanie. Z kim rozmawiamy o naszych problemach? Oczywiście każdy z nas ma problemy i czasem nie ma z kim o nich porozmawiać. Dawniej w takim wypadku pisało się pamiętniki. Napisać coś to znaczy bardzo często porządnie się nad tą rzeczą zastanowić. Powiedzieć o swoich problemach to także je nazwać, zdefiniować. Nie można zmierzyć się z czymś, jeżeli nie wiemy, co tak na prawdę gryzie nas w naszych relacjach z innymi, co nam przeszkadza w czyimś zachowaniu. Pisanie często pozwala nam także poznać nas samych, lepiej zobaczyć nasze wady i ustalić, jak powinniśmy je zwalczać. Dziś pamiętniki zastępują blogi i to też może mieć dobre strony. Jeżeli jednak miejscem wygadania się i uzewnętrznienia naszych problemów jest blog, to chyba znów przekraczamy pewną granicę. Wydaje się, że skoro upubliczniamy w blogu pewne informacje, to powinniśmy robić to tylko wtedy, kiedy jesteśmy w stanie w jakiś sposób ubogacić innych tym, co piszemy.

 

Innym przypadkiem jest sytuacja, w której nie adresujemy swoich problemów do całego świata, ale do konkretnej osoby na czacie. Wtedy właśnie może okazać się, że ten ktoś stanie się nam bliższy niż te osoby, z którymi żyjemy na co dzień. Tymczasem relacji nie da się nawiązać i podtrzymać bez wzajemnej komunikacji. Tutaj powraca stara konfesjonałowa prawda, że najczęstszą przyczyną problemów małżeńskich jest sytuacja, w której zanikają codzienne rozmowy. Wtedy właśnie okazuje się, że choć żyjemy obok siebie, to jednak coraz mniej o sobie wiemy. Tym, co nas łączy pozostaje tylko wspólne miejsce zamieszkania, które staje się areną coraz gwałtowniejszych konfliktów, bo coraz mniej się rozumiemy. Kiedy nie chce nam się ze sobą rozmawiać, przestajemy przezwyciężać nieporozumienia i zaczynamy je przemilczać. Im jest ich więcej tym bardziej zalewają związek i stają się trudniejsze do usunięcia. Każde niedomówienie, nie załatwiona sprawa, nie wyjaśniony problem, zawsze odkładają się i zamulają związek. Dochodzi wtedy do tego, że w sieci jesteśmy w stanie powiedzieć innym dużo więcej, niż powiedzielibyśmy naszemu mężowi, czy żonie. Dlatego właśnie osoba, której nie mamy obok siebie wydaje się być idealnym partnerem. Nie widzimy jej na co dzień. Jej wady wydają się małe, a jej zalety – wielkie. Chcemy więc na nowo ułożyć sobie życie.

 

Okazuje się jednak, że znowu bliskie przebywanie z idealnym partnerem z sieci powoduje te same problemy. Skoro nie chcieliśmy ich rozwiązać wcześniej sytuacja w zasadzie musi się powtórzyć, a nawet za każdym następnym razem jest jeszcze gorzej. Dlatego warto walczyć, ponieważ świat wirtualny nigdy nie zaspokoi naszych realnych potrzeb. Bliskość drugiej osoby jest tu sztuczna i musimy pamiętać, że ujawnia nam o sobie tylko to, co chce ujawnić. Bardzo łatwo ukryć to, co bardzo szybko staje się widoczne w bezpośredniej relacji.  

 

Jeżeli więc piszesz w Internecie coś, czego nigdy nie powiedziałbyś swojej żonie, albo mężowi, to właśnie poddajesz się w walce o swoje małżeństwo i tym samym poddajesz się w walce o szczęście, którego nie da się osiągnąć inaczej, jak poprzez przezwyciężanie codziennych problemów razem.



Ks. Tomasz Stepień