- Ta sprawa nie jest typowa - zanim w sądzie złożono akt oskarżenia, ferowano w niej wyroki; robili to politycy, media, opinia publiczna - mówił na wstępie oskarżyciel, nazywając sprawę Mirosława G. "medialnym widowiskiem". Apelował do sądu o ocenienie tej sprawy "na chłodno i bez emocji". Podkreślił jednak, że były podstawy do zatrzymania lekarza, bo "ujawniły się dowody na korupcję w klinice kardiochirurgii".

 

Jednocześnie prokurator zaznaczył, że wprowadzenie przez dr. G. nowych zasad prowadzenia kliniki, polegających m.in. na zwiększeniu rygorów higienicznych, ograniczeń odwiedzin i zwiększenia dyscypliny pracy doprowadziło do zwiększenia liczby zabiegów i konsultacji kardiochirurgicznych. Skutkowało to jednak - jak tłumaczył Nowak - arbitralnością decyzji ordynatora, kogo przyjąć, a kogo nie, co pogorszyło też atmosferę pracy i wywołało oskarżenia o mobbing.

 

Trwający od listopada 2008 r. przed Sądem Rejonowym Warszawa-Mokotów proces jest precedensem jako sprawa o granice między korupcją a powszechnym w polskich szpitalach "okazywaniem wdzięczności" lekarzom przez pacjentów.

 

Pod koniec procesu sąd - na wniosek obrońcy kardiochirurga - zgodził się na zaliczenie do materiału dowodowego wniosku grupy posłów o postawienie przed Trybunałem Stanu b. ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, któremu zarzucono naciski na organa ścigania i media w tej sprawie.

 

Ostatni akapit informacji jest najciekawszy. Potwierdza się, że pan doktor brał w łapę, a tymczasem z szafy wyciągany jest wniosek polityczny jako dowód. No właśnie, na co? Że Mirosław G. był nieskazitelnie uczciwy?

 

AM/Onet.pl