I nie są to jedyne mocne dane przedstawione w tych badaniach. Wynika z nich także, że 22 proc. respondentów przyznało się do czterech partnerów, 17 proc. do trzech. 13 proc. twierdzi, że miało ich dotąd od pięciu do dziesięciu, a 7 proc. – że więcej niż 20. 22 proc. badanych twierdzi, że ma za sobą co najmniej jedną zdradę małżeńską. Mężczyźni zdradzają częściej (34 proc.) niż kobiety (19 proc.), i zazwyczaj jest to seks z przygodnie poznanymi paniami. Tyle dorośli, a co z młodzieżą? Tu również jest kiepsko. 34 proc. uczniów uważa, że kontakt seksualny nie jest przejawem szczególnego związku kobiety i mężczyzny. 9 proc. uznaje seks za dobrą zabawę. Dla 28 proc. do tego, aby pójść z kimś do łóżka, nie jest potrzebna dłuższa znajomość.
Co wynika z tych badań? Otóż ni mniej ni więcej tylko, że należę do mniejszości (nieco tylko większej niż homoseksualiści) seksualnej. Jestem takim dinozaurem, który miał przez całe swoje życie tylko jedną partnerkę seksualną. I muszę powiedzieć, że jest to dla mnie powód do dumy a nie wstydu. Gdyby organizowano akcje Dumy Monogamicznej – to szedłbym w pierwszym szeregu. A powód jest niezmiernie prosty: mam nieodparte wrażenie, że przynależność do tej mniejszości jest dowodem normalności. A powodem do wstydu jest zaś bycie dziwkarzem.

