O stawaniu po stronie wykluczonych, polityce, moherowych beretach, ponętnych latynoskach, jaraniu jointów i wchodzeniu na palmę opowiada Jan Pospieszalski. Przeczytaj fragmenty rozmowy z "Dziennika".
W ciekawym wywiadzie Roberta Mazurka z Janem Pospieszalskim, prowadzący program „Warto rozmawiać", odpowiada m. in. na zarzut o stronniczość: „staram się, by każdy mógł wypowiedzieć to, z czym przyszedł do programu. Zresztą dla mnie najciekawsze są dyskusje z ludźmi, którzy reprezentują kompletnie inne niż ja system wartości. Dyskusja z prof. Janem Hartmanem jest przeżyciem fenomenalnym. Uwielbiam takie rozmowy."
„Pisowski dziennikarz" po stronie wykluczonych
„Najczęściej z polityków zapraszałem bodajże Romana Giertycha i Jarosława Gowina. Często bywał Zbigniew Ziobro, no ale on ciągle budził emocje, jak miałem go nie zapraszać?" Pospieszalski pracował w telewizji mając sześciu różnych prezesów. Na pytanie, który był najlepszy odpowiada: „Zdecydowanie u Wildsteina. Tam się czuło zaufanie, to jest facet, od którego kupiłbym używany samochód, i to ma znaczenie, buduje komfort pracy." O naciskach w TVP mówi z dystansem: „Częściej niż władze przerażony jest średni szczebel w TVP. Ostatnio zrobiliśmy program, w którym wypowiadali się ks. Isakowicz-Zaleski, Sławomir Cenckiewicz, Grzegorz Braun, Jerzy Robert Nowak. To dla wielu ludzi na Woronicza był zestaw nie do wytrzymania. (...) Ale mówiliśmy o ludziach, którym uniwersytety odmówiły wynajęcia sal na spotkania. Ujmuję się za słabszymi - popatrz, co za wrażliwość, co tu chcesz równoważyć? Dziennikarz powinien stawać po stronie wykluczonych, nie?"
Pospieszalski w polityce
Swojego zaangażowania w kampanię polityczną Mariana Krzaklewskiego Pospieszalski nie żałuje: „Dla mnie to była sytuacja zerojedynkowa. To był czas, kiedy Kwaśniewski był prezydentem, a Cimoszewicz premierem, i pojawiła się realna szansa odsunięcia ich od władzy. A wtedy wszystkie ręce na pokład i trzeba się zaangażować, tym bardziej że powiewał nad tym sztandar drogiej mi "Solidarności". Nie opowiadałem się po stronie żadnej partii, tylko idei."
Rockendrollowiec
Podpytywany o plotki z czasów grania w Czerwonych Gitarach odpowiada że to mity. Także te o ponętnych latynoskach kręcących się za Pospieszalskim. Na pytanie o marihuanę odpowiada, że jointy palili wszyscy, sam twardszych narkotyków nie próbował, choć na Florydzie, zdażyło się, że po marihuanie wchodził na palmę: „Zjechaliśmy całe Stany Zjednoczone od Nowego Jorku przez Kanadę, Toronto i Vancouver, potem El Paso, New Mexico. A na końcu była Kalifornia, mekka światowej rozpusty... (...) Wyjeżdżając z San Francisco do Los Angeles, wiedziałem, że to się nie może dobrze skończyć. Ale z drugiej strony te dwa miesiące w Ameryce to było coś kapitalnego. Każdemu młodemu chłopakowi polecam. No, może oprócz własnego syna. Franka będę przestrzegał (śmiech)".
Parafialny katolik
Pytany o obnoszenie się z religijnością, mówi prosto: „Jestem tradycyjnym, parafialnym katolikiem, bez jakiejś specjalnej, pogłębionej formacji realizowanej w neokatechumenacie, Ruchu Światło - Życie czy Opus Dei. Z domu wynieśliśmy dobre wychowanie religijne, nie tyle przez prawienie nam morałów, co przez przykład rodziców. I wyrastałem w tym. (...) U nas na Natolinie znalazłem też grupę pań w wieku zdecydowanie pomaturalnym, zwanych powszechnie moherami, które w soboty śpiewają godzinki. Dołączyłem do nich, ale w akcję zaangażowała się też organistka i zabiła cały ten charakter z manierą zaśpiewu, naturalnością, autentyzmem. (...) Mnie jest z tymi ludźmi dobrze, jestem dumnym i radosnym człowiekiem. Mogę powtórzyć za Rymkiewiczem, że budzę się w nocy z wrzaskiem przerażenia, że mógłbym urodzić się Anglikiem albo Francuzem."
Oprac. JaLu/Dziennik
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

