Marta Brzezińska: Dziś w Sejmie odbędzie się debata nad projektami ustaw o związkach partnerskich. Czy posłowie, deklarujący się jako katolicy, mogą zagłosować za którymś z trzech projektów?
Marcin Radomski OFM Cap: Oczywistym jest, że osoba uważająca się za katolika, zagłosuje przeciw wszystkim trzem projektom. Co więcej, tu nie chodzi tylko o katolików. Jeśli weźmiemy do ręki Konstytucję i przeczytamy sobie słynny już art. 18, to zobaczymy, że wyraźnie mówi on o małżeństwie jako związku mężczyzny i kobiety. Gwarantuje także ochronę rodziny, rodzicielstwa oraz macierzyństwa. Spróbujmy więc w naszych dyskusjach punktem wyjścia uczynić Konstytucję skoro kwestie wiary i moralności są przez wiele osób odrzucane. Wskutek debaty nad projektami ustaw o związkach partnerskich nastąpiło niesamowite medialne pomieszanie pojęć. Związek partnerski jest takim jakby zamiennikiem małżeństwa. Lewica wyraźnie mówi o związkach nie tylko heteroseksualnych, ale także jednopłciowych. „Bo przecież takie istnieją, a żeby wyjść im naprzeciw, by się nie męczyły, wprowadźmy dla nich udogodnienia”. Trzeba jednak postawić sprawę jasno – związki partnerskie heteroseksualne to przecież tzw. konkubinaty. Nie legalizujmy czegoś, tylko dlatego, że to jest i nie udawajmy, że patologia jest normą. W przypadku posłów, którzy są katolikami, absolutnie nie wchodzi w grę popieranie takiego projektu. Tutaj pojawiają się już regulacje kościelne.
Jakie?
W Kościele obowiązują pewne normy moralne. Jeżeli ktoś uważa się za część wspólnoty Kościoła, to rozumiem, że przyjmuje zasady, które w tym Kościele funkcjonują, a nie jest katolikiem, ale... Taką słynną kwestię wypowiedział prezydent Bronisław Komorowski, który zadeklarował: „Jestem katolikiem, jestem za życiem, więc jestem za in vitro”. To mentalność, która totalnie rozmywa rzeczywistość. Niektórym posłom chyba brakuje odwagi, aby powiedzieć otwarcie „Nie interesuje mnie życie Kościoła, jestem poza tym środowiskiem”. Wtedy byłaby jasna sprawa. A tak, rozmywają rzeczywistość, co jest bardzo złe. Pozwolę sobie powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy – wczoraj media informowały o tym, że marszałek Kopacz przyznała sobie wysokie premie. Argumentowała, że Sejm, prócz miejsca, w którym ustanawia się prawo, jest także zakładem pracy. Idąc tym tokiem myślenia, trzeba pamiętać, że posłowie zostali wybrani do Parlamentu przez społeczeństwo. Jeżeli społeczeństwo zatrudnia w „zakładzie pracy” parlamentarzystów, to ja mam prawo domagać się, by ci pracownicy wykonywali swoje obowiązki właściwie. Mam więc prawo oburzyć się i powiedzieć, że pracownik, którego zatrudniłem poprzez głosowanie nie wykonuje swoich obowiązków. Niech posłowie przypomną sobie, że są w kraju katolickim i obowiązują ich pewne zasady moralne, etyczne i społeczne.
Co w sytuacji, kiedy poseł katolik argumentuje poparcie dla projektu ustawy o związkach partnerskich tym, że przecież to nie jest zrównanie małżeństwa i związków homoseksualnych, zaś tym drugim pozwala jedynie na zaspokojenie podstawowych potrzeb, jak na przykład prawo do decydowania o sobie wzajemnie czy reguluje kwestie spadku.
Pytanie, czy obecna sytuacja prawna zabrania im to. Sęk w tym, że nie, więc nie róbmy z homoseksualistów specjalnych męczenników. Nie przesadzajmy! Nie może być tak, że coś, co jest sprzeczne z naturą nagle, w drodze głosowania, zostanie uznane za naturalne. Trzeba powiedzieć jasno – homoseksualizm nie jest rzeczą naturalną. Nawet gdyby chciało to za normę uznać nie wiadomo ile osób. To nie jest kwestia demokracji. Kwestie natury nie podlegają prawom demokracji. Jeżeli ktoś ma z tym problem, to już niestety nic na to nie poradzimy. Posłowie, którzy mówią, że zagłosują za takim projektem, bo nie zrównuje on „homozwiązków” z małżeństwem, ulegają zmanipulowanej ideologii językowej, gdzie totalnie pomieszano pojęcia „związek partnerski” i „małżeństwo”. Podobnie rzecz się dzieje w przypadku zabijania nienarodzonych dzieci, które nazywa się „aborcją”. Zamiast eutanazji media i politycy mówią o uporczywej terapii. Ostatnio pan Owsiak mówił, że potrzebuje debaty na ten temat – co ciekawe, powiedział to już po odwołaniu wypowiedzi dla „Dziennika” w programie Pierwszym Polskiego Radia. On dalej podtrzymuje że temat powinien być kontynuowany, a co więcej, przyznaje, że ma słabą wiedzę na ten temat i chciałby się czegoś więcej dowiedzieć. Nie wiem, co jeszcze więcej trzeba wiedzieć na temat eutanazji, to jest chyba oczywiste. Jeżeli komuś mylą się pojęcia „eutanazja” i „uporczywa terapia” to dotykamy bardzo poważnej materii...
Jak widać mylą się, skoro Monika Olejnik przywoływała w swoim programie słowa Jana Pawła II „pozwólcie mi odejść do Domu Ojca”, uznając je jako argument za eutanazją.
Posłowie funkcjonują w podobnym błędzie! Nie wiem, co się dzieje, że ludzie nie rozumieją podstawowych pojęć. Język polski jest bardzo precyzyjny, jeśli chodzi o tak poważne kwestie, jak umieranie, narodziny, etc. To są kwestie konkretnie sprecyzowane. Nie ulegajmy takiemu ogólnemu szałowi, w ramach którego, wszystko można wymieszać. Mam czasem wrażenie, że jedyną potrawą, jaką spożywają nasi parlamentarzyści, jest bigos. To, co znajdą, wrzucają do garnka, wymieszają i się fascynują, że to takie dobre. A nie jest dobre, bo w bigosie nie wiadomo już, co było kiełbasą sprzed miesiąca, a co mięsem sprzed tygodnia. Tu jest tak samo. Mieszają ludziom w głowach i każą się im tym fascynować, że niby jest bardzo dobre. Tak nie jest...
Jakie są następstwa sytuacji, w której poseł katolik poprze jednak ustawę o związkach partnerskich?
Trzeba w pierwszej kolejności zadać sobie pytanie, jaka jest świadomość tego posła. Być może niektórzy z nich naprawdę nie mają świadomości tego, co znaczy być w Kościele, być częścią mistycznego Ciała, jakim jest Kościół. Być może nie rozumieją też tego, że bycie za in vitro, związkami partnerskimi stawia pod znakiem zapytania ich przynależność do tej wspólnoty. W debacie nad tymi projektami ustaw jest taki diabelski wykręt – nie mówimy wprost o związkach homoseksualnych, ale związkach partnerskich, którymi mogą być związki mężczyzny i kobiety, ale także związki jednopłciowe. Jakiś poseł może sobie więc pomyśleć, że ok, to nie jest projekt dla związków homoseksualnych, on ich nie popiera, ale zagłosuje za, bo przecież mówimy o związkach partnerskich. Pytanie, dlaczego on popiera związki partnerskie, skoro funkcjonuje instytucja małżeństwa. Idźmy dalej tym tokiem myślenia – wprowadzenie związków partnerskich ma na celu legalizację grzechu. Jeśli związek mężczyzny i kobiety nie może być małżeństwem to znaczy, że zaistniały jakieś poważne przeszkody, ze względu których oni nie mogli zawrzeć małżeństwa. Żyją więc w grzechu. To jest konkubinat. Jeśli chodzi o związki homoseksualne to sprawa także jest oczywista – to grzech. Już św. Paweł jasno mówił, że mężczyźni, którzy współżyją ze sobą nie odziedziczą Królestwa Niebieskiego. Cały czas mówimy i politykach, którzy są katolikami – oni stawiają samych siebie w bardzo trudnej sytuacji, bo akceptują grzech.
Jakiej?
Jeśli publicznie akceptujesz grzech, stajesz się zgorszeniem. Taki poseł staje się zgorszeniem dla maluczkich, dla tych, którzy się na niego patrzą i myślą, że skoro on jest katolikiem, chodzi do kościoła i nie ma nic przeciwko temu, to co się czepiać, skoro ci ludzie razem sobie żyją. To wprowadza totalny relatywizm. To jest materia grzechu. Jeżeli dany poseł robi to w sposób świadomy i dobrowolny, to jest to grzech. Powinien on czym prędzej pójść do spowiedzi i publicznie odwołać swoje poglądy. To jest pokuta. Grzech ciężki powoduje to, że człowiek wyklucza się ze wspólnoty Kościoła, pozbawia się łaski Bożej. Sam siebie zamyka na działanie Pana Boga.
Załóżmy taką hipotetyczną sytuację – poseł katolik jest tak przekonany swoich racji, że wcale nie zamierza pójść do spowiedzi, ani publicznie odwołać swoich poglądów. Co więcej, chce przystąpić do Komunii świętej. Ludzie wiedzą, jak zagłosował, przecież to sprawa publiczna. Czy kapłan ma prawo, a może obowiązek, odmówienia mu?
Dotykamy bardzo delikatnej materii związanej z sumieniem, ale także takim technicznym rozwiązaniem problemu. Jest oczywistym, że jeśli ktoś publicznie gorszy, publicznie akceptuje grzech, nie powinien przystępować do Komunii świętej. Zawsze pojawia się jednak pewna wątpliwość, bo w momencie udzielania Komunii św. ten, który jej udziela, nigdy do końca nie wie, czy dana osoba przed chwilą nie przystąpiła na przykład do spowiedzi. Przecież mógł się wyspowiadać, otrzymać za pokutę publiczne odwołanie swoich wypowiedzi, a teraz chce przystąpić do Komunii. Duchowni, którzy udzielają Komunii św. znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką powinni zrobić, jest upomnienie takiej osoby. Ta nasza rozmowa także jest formą upomnienia. Apeluję: Panowie, nawróćcie się! Nie róbcie tego! Nie zamykajcie się na działanie Pana Boga. Jeżeli jesteście ludźmi wiary, to umiejcie zaryzykować swoją karierę polityczną! Dajcie świadectwo, że jesteście ludźmi wiary. Tego potrzebuje także społeczeństwo – autorytetu. Politycy także mają nimi być. Nie można rozłączać tych dwóch rzeczy. Tym bardziej, że społeczeństwo jest tak zmanipulowane, także przez polityków, którzy kpią sobie z ludźmi. Nazywanie posła Żalka przedstawicielem „skrajnej prawicy”, co już się negatywnie kojarzy. Ludzie normalnie myślący zostali nazwani oszołomami, nazistami, faszystami i Bóg wie, kim jeszcze.
Podkreślmy na koniec – upomnienie w pierwszej kolejności, ale jeżeli już taki poseł przychodzi do Komunii św., to lepiej mu jej udzielić?
Oczywiście, że tak. Jeśli nie mam wątpliwości. Bo jeśli mam wątpliwość, że ktoś trwa w swoim przekonaniu, czyli uparcie trwa w grzechu, to już inna sprawa. Z duszpasterskiego doświadczenia muszę jednak powiedzieć, że odmowa udzielenia Komunii jest bardzo ryzykowna. Trzeba zachować ogromną delikatność w tej kwestii, bo można więcej zła wyrządzić niż dobra. Kiedy będąc w Australii udzielałem ślubów i wiedziałem, że w kościele są także osoby niewierzące, niekatolicy, czyli ci, którzy nie powinni przystępować do Komunii, mówiłem podczas Mszy jasno: Komunia św. jest dla tych, którzy są katolikami i żyją w łasce uświęcającej, bez grzechu ciężkiego. Ja, jako osoba duchowna, zrobiłem w ten sposób wszystko, co tylko mogłem zrobić. Tak postępuje Kościół. On nie może badać stanu czyjeś moralności przed przyjęciem Komunii św. To jest także to Boże miłosierdzie – Pan Bóg w osobie Jezusa Chrystusa wystawia się w ten sposób na ryzyko. Sam fakt, że przyjął taką, a nie inną postać o tym świadczy. Myślę, że Pan Bóg wie co robi i trzeba o tym pamiętać. Być bardzo delikatnym, a jednocześnie konkretnym. To jest według mnie rozwiązanie. Powiem jeszcze na koniec, że ci posłowie, którzy błądzą, znajdują się w zasięgu szczególnej troski Kościoła, bo przecież Pan Jezus powiedział, że przychodzi do tych, którzy się źle mają.
Rozmawiała Marta Brzezińska
