"Umawiamy się, że będziemy rozmawiać, jeśli nie napisze pan, jak się nazywam i gdzie pracuję. (...) Jeśli będę z panem szczery, to większość proboszczów powie o mnie wszystko, co najgorsze. A ja chcę panu powiedzieć o moich pieniądzach, bo wkurza mnie, co się wygaduje o finansach Kościoła" - zagaja ów tajemniczy anonimowy ksiądz (?), który buduje napięcie niczym bohater amerykańskiego thrillera politycznego spod znaku "Wszystkich ludzi prezydenta".
"Doszło do tego, że na Kościół zaczęto patrzeć wyłącznie przez pryzmat jego majątku. I sugeruje się, że te finanse są ogromne. Że mamy poukrywane fortuny, śpimy na pieniądzach. Celują w tym partie, które przyjęły charakter antyklerykalny. I w tej dyskusji tylko one zyskują. Bo tu nie chodzi o żadną prawdę, tylko o wytworzenie przekonania społecznego, że trzeba z nami zrobić porządek" - mówi proboszcz.
I tak zaczyna się jego opowieść o kościelnych finansach, szeregu przyziemnych spraw, jakie wpisują się w żywot powszedni statystycznego księdza, na którego barki spadło kierowanie parafią. W wielu sprawach trudno odmówić mu racji. Kapłan tłumaczy, że parafia to nie tylko zyski z chrztów, pogrzebów i ślubów, ale również rachunki, inwestycje, zatrudnienia.
Tyle, że wysiłek księdza i tak idzie na marne. Redaktorzy "Gazety Wyborczej" są czujni. Wystarczyło jedno niefortunne sformułowanie i już mamy wywiad w odpowiedniej oprawie. "Jadę na pogrzeb za 200 zł, a na cmentarzu widzę trębacza, trumnę wypasioną i wieniec za 450 zł. No i wkurzam się, bo tylko na księdzu zaoszczędzili" - lead w sam raz pod target "Wyborczej". A jeżeli dodamy do tego tytuł "Portfel księdza" i obrazek, przedstawiający księdza zbierającego grubą kasę do biretu, to już w ogóle miodzio!
Pytanie, czy taki cel przyświecał owemu anonimowemu "proboszczowi z Łodzi". Można mieć wątpliwości i... sugestię dla samego księdza. Od leczenia bolączek jest konfesjonał, a nie dyktafon pismaka "Wyborczej". Spowiednikiem - drugi ksiądz, a nie współpracownicy Adama Michnika.
Aleksander Majewski

