Co pan czuje patrząc na płonący Londyn?
- Patrzę na to w szoku i z przykrością. To się dzieje nie pierwszy raz. W 1981 r. byłe słynne demonstracje w Brikston. To jest bunt, w pewnym sensie społeczny, taki jak się teraz odbywa w miastach na całym świecie. To, co się dzieje w Hiszpanii też pokazuje, że ludzie nie mają perspektyw, pracy i pieniędzy. Są zdesperowani.
Jakie są motywacje w Anglii?
- Jedni mają dość obecnej sytuacji, jest element kryminalny, który wykorzysta każdą sytuację i jest młodzież, która uważa, że jest to część gry komputerowej.
Kto zawinił, że ludzie wyszli na ulice?
- Dziś oglądałem w telewizji punkt widzenia rządu, ale na szczęście media są niezależne i pokazały też punkt widzenia czarnych Anglików. Oni mówią, że mają już dość bycia dyskryminowanymi. Jak mają się asymilować jeśli ich się odrzuca? Rząd ich ignoruje.
Jaki bedzie dalszy rozwój sytuacji?
- Dziś jest 16 tys. policjantów na ulicach w Londynie, ale wydaje mi się, że lato może być bardzo gorące w Anglii. Premier Cameron powiedział w telewizji, że będzie walczył żelazną pięścią, ale to nie rozwiązuje problemu. Lato będzie gorące.
Jakie ma pan głosy od rodziny z Anglii?
- Moja rodzina mieszka poza dużym miastem. Tam nie płoną ulice, ale boją się.
Napisze pan piosenkę o płonącym Londynie?
- Zobaczymy.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski

