„W Ciemności" jest zainspirowany książką Roberta Marshalla "W kanałach Lwowa. Heroiczna opowieść o przetrwaniu Holokaustu" oraz pracą Krystyny Chigier i Daniela Paisnera "Dziewczynka w zielonym sweterku", która opowiada tę samą historię z perspektywy ocalałego z lwowskiego piekła dziecka. Dziewczynka wraz z kilkoma innymi Żydami została uratowana przez polskiego kanalarza Leopolda Sochę, który ukrył ją i innych Żydów w kanałach i aż do „wyzwolenia” Sowietów z narażaniem życia dbał o ich egzystencję. „Socha, udał się do swej kryjówki, w której chował „fanty”, bo poza tym był też po prostu... złodziejem. I pewnej nocy, w tej swojej kanałowej kryjówce znalazł kilkunastu Żydów. Przez 14 miesięcy, wraz ze swym kolegą i współpracownikiem o nazwisku Wróblewski, ukrywał owych Żydów, przynosząc im jedzenie, piorąc ubrania etc. Przez kilka miesięcy pobierał za to pieniądze, ale potem pieniądze się Żydom skończyły. Socha pomagał nadal, prawdopodobnie, by wyżywić Żydów – kradł. Historia ta zawiera niesamowite, wstrząsające epizody, pełne heroizmu, ale także grozy. M. in. część Żydów nie wytrzymała i zdecydowała się opuścić kryjówkę, Socha błagał ich by tego nie robili. Oni jednak wyszli, zostali złapani i zabici. Halina Wind przetrwała. Lwowski złodziej Leopold Socha stał się więc dobro-dziejem” - opowiadał fronda.pl Maciej Pawlicki, który tłumaczył w USA listy Haliny Wind jej synowi. Socha po wojnie został uznany wraz z żoną za Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. I to właśnie on jest kluczową postacią filmu Agnieszki Holland.

Nie należę do wielkich fanów filmów tej reżyserki ( choć bardzo cenię „Całkowite Zaćmienie” i „Zabić Księdza”), która na dodatek prezentuje poglądy polityczne będące dalekie od moich. Jednak tym razem wielką niesprawiedliwością byłoby stwierdzenie, że jej „W Ciemności” jest filmem propagandowym bądź ideologicznie zacietrzewionym. Holland zupełnie w inny sposób ukazuje nam Holokaust niż Amerykanie. Jej obraz Żydów jest wolny od politycznej poprawności i patosu. Z drugiej strony Socha w ujęciu reżyserki to typowy prosty Polak- katolik, który nie lubi Żydów bo ksiądz Tadeusz (nie wiem czy to zamierzona złośliwość twórców) mówił, że zabili oni Jezusa. Dlatego właśnie lwowski cwaniaczek pozwala sobie na wyzywanie Żydów od parchów i nie ma skrupułów by żądać od nich pieniędzy w zamian za pomoc. Przy tym wszystkim pozostaje on gorliwym katolikiem. Nawet w pierwszej scenie okradania przez bohatera niemieckiego mieszkania, Socha nie pozwala swojemu koledze ukraść złotego krzyża. Ludowy katolicyzm połączony z cwaniactwem bohatera jest w filmie podkreślony dosyć mocno. Do tego trzeba dodać ignorancję mężczyzny, który zdumiony dowiaduje się od żony, że Jezus też był Żydem i dlatego nie wolno potępiać „żydków”. Taka narracja może drażnić polskiego widza, który nie został przepojony wieloletnią propagandą michnikowszczyzny. Jednak w momencie, gdy zaczynamy nerwowo poruszać się na fotelu, reżyserka pokazuje nam również różne oblicza chowających się w kanałach Żydów. Nie są oni tylko szlachetnymi ofiarami jak u Spielberga czy w innych hollywoodzkich produkcjach. Holland prezentuje widzom żyjącego w kłamstwie Żyda, który uprawia w kanałach seks z kochanką, niemal na oczach swojej żony i córki. Widzimy również wiecznie uprzedzonego Żyda, który nazywa swojego dobroczyńcę, który przed sekundą uratował go od pewnej śmierci z rąk żołnierza Wermachtu, polskim kapusiem oraz matkę, która morduje własne nowonarodzone dziecko bo nie wytrzymuje psychicznego obciążenia. Jest to obraz daleki od poprawnego ukazywania Żydów w kinie.

Kluczową postacią historii jest jednak Leopold Socha i jego duchowa transformacja. „Więckiewicz jest rewelacyjny, stonowany, gra bez patosu, zwyczajnie. Nie epatuje nas efektownym nawróceniem, przemianą duszy. Tylko mimika jego twarzy, sposób mówienia zwiastują jakąś wewnętrzną zmianę Sochy, aż w końcu znalazł swoje miejsce po drugiej stronie, po stronie dobra. Zabrzmi to patetycznie, ale on rzeczywiście odkupił swoje winy. Bo to jest także, a może przede wszystkim, film o odkupieniu człowieka” - pisze ks. Andrzej Luter w swojej recenzji. Trudno się z nim nie zgodzić. Filmowy Socha, który różni się trochę od rzeczywistej postaci, powoli zaczyna rozumieć, że uratowanie od śmierci swoich żydowskich sąsiadów jest jego ludzkim obowiązkiem. Jest on świadom niebezpieczeństwa jakie czyha na jego rodzinę i wie, że może zapłacić za pomoc Żydom najwyższą cenę. Leopold kilkakrotnie balansuje zresztą na krawędzi życia i śmierci i cudem udaje mu się zataić swoją bohaterską postawę przed kolegą z ukraińskiej policji, który kolaboruje z nazistami. Filmowy Socha nie jest jednak karykaturą ani tekturową postacią, która za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się bohaterem. Polski cwaniak jest pełen ludzkiego strachu i zwątpienia, z którymi walczy w swojej duszy. I chyba ta walka jest dla niego nawet ważniejsza niż sprzeciw wobec polityki okupanta. Z drugiej strony jest w nim czysto ludzki optymizm i dziecięca radość z happy endu, gdy wyciągając swoich „podopiecznych” z kanału skacze jak dziecko z radości i wykrzykuje - „to są moje Żydy!”. Holland pokazuje również przemianę samych Żydów, którzy w trakcie znajomości z Sochą, przepraszają go za pochopne osądzenie, które opierało się na stereotypach. Żyd przepraszający Polaka za uprzedzenia podczas wojny to naprawdę rzadki obraz w kinie. Zachodni widz zobaczy również w końcu jakie kary groziły Polakom za pomoc Żydom. Leopold Socha nie doczekał końca wojny i zginął pod kołami sowieckiej ciężarówki, próbując uratować swoją córeczkę. Jego krew podobno wpłynęła do kratki ściekowej. Cóż, ulubieńcy Boga umierają młodo.

Film Agnieszki Holland nie jest typowym obrazem wojennym. Przypomina bardziej „Pianistę” Romana Polańskiego niż obrazy Stevena Spielberga. Większość akcji rozgrywa się w kanałach, gdzie reżyserka w perfekcyjny sposób oddała klaustrofobiczny i duszny klimat podziemi. W filmie zachwyca również realistyczne odtworzenie Lwowa, które było multikulturowym tyglem. Na ekranie słyszymy więc mieszankę języków - od polskiego, przez rosyjski, jidysz aż po niemiecki. Realizm epoki jest ogromnym plusem tego dzieła. Od czasu „Pasji” Gibsona trudno jest zresztą oglądać mówiących po angielsku czy po polsku niemieckich oficerów. Wielkie wrażenie robi również odtworzenie życia Żydów w kanałach, którzy mają wciąż potrzeby seksualne a dzieci nie rezygnują z zabawy w teatr czy jazdy samochodzikami. Obraz próby stworzenia namiastki zwykłego życia w zestawieniu z czystym złem rozgrywającym się „na górze” wbija się w pamięć. Największe brawa należą się jednak Robertowi Więckiewiczowi, którego nazwałem w recenzji „Wymyku" polskim Harveyem Keitelem. Z takim objawieniem talentu nie mieliśmy do czynienia dawno. „Kluczowy dylemat i niuanse przemiany Sochy z oportunisty w jednoosobową grupę wsparcia są wiarygodne, w czym niemałą zasługę ma genialna kreacja Więckiewicza”- pisał The Hollywood Reporter. „Przyprawiająca o gęsią skórkę sceneria sprawia, że „W Ciemności” ma więcej wspólnego ze współczesnymi horrorami niż z dotychczasowymi filmami o Holokauście i jest to najwyraźniej dokładnie przemyślana koncepcja Holland. Sam film wydaje się niemal odpowiedzią na „Listę Schindlera” Stevena Spielberga i jest daleki od czarno-białych podziałów na zło i heroizm” - zauważyło Variety. Amerykanie są zgodni, że film robi takie wrażenie właśnie dzięki polskiemu aktorowi. „Jestem zafascynowany tymi, którzy w czasie wojny, mimo grożącego im niebezpieczeństwa, byli gotowi wyjść naprzeciw drugiego człowieka i powiedzieć - daję wam pomocną dłoń. To trudna do pojęcia zagadka ludzkiego serca, której nigdy nie będziemy w stanie rozwiązać" – stwierdził w wywiadzie dla „The New York Times” Więckiewicz. Dzięki jego wielkiej roli, miejmy nadzieję, że widzowie na całym świecie również zafascynują się polskimi bohaterami. Owi herosi opluwani są przez polskich pseudohistoryków z amerykańskich uczelni, choć zrobili dla Żydów więcej niż inne mieszkańcy innych krajów okupowanych przez Niemców, gdzie nie karano śmiercią za pomaganie Żydom. Tego wszystkiego dowiadujemy się z filmu reżyserki mocno zrośniętej ze środowiskiem, które od lat przeprasza za polską martyrologię. Warto więc, by ten film dostał Oscara.
Łukasz Adamski

