Podróż zajęła mu miesiąc. Przeszedł 2300 kilometrów. Jak zaznacza, decyzję o wyruszeniu do Rzymu podjął spontanicznie. Gdy usłyszał w Radiu Maryja, że wiele osób rezygnuje z uczestniczenia w uroczystościach w Rzymie, ponieważ obawia się tłumów, postanowił udowodnić, że każdy, kto chce, może być we Włoszech. Stwierdził, że nie trzeba tam jechać, można iść...

Podróż Pawła Kuryły była hołdem dla Jana Pawła II. W czasie swojej wędrówki murarz nie wypuszczał z ręki różańca. W trasę do Rzymu zabrał wózek, który służył za namiot. Przespał w nim cały miesiąc. Pieniądze na zakup sprzętu uzbierał sam, część została sfinansowana przez sponsora.

Paweł Kuryło co dzień pokonywał około 80 kilometrów. Szedł, a czasem biegł. Musiał podróżować bocznymi drogami. W Austrii policja zawróciła go z autostrady. Najtrudniejszy okazał się jednak odcinek biegnący przez Alpy. Najpierw trzeba było bowiem wciągać wózek pod górę, a następnie zbiegać z nim w dół.

Jak zaznacza Kuryło w czasie podróży nie zawsze spotykał się z życzliwością. Nawet księży. - Pomógł mi co trzeci ksiądz, którego o to prosiłem, ale zdarzali się tacy, którzy zamknęli drzwi. Może się bali... - mówi. - Modliłem się i szedłem dla Jana Pawła II – dodaje.

Jego podróż była w pełni spontaniczna. Gdy przybył do Rzymu, stanął pod kościołem Świętego Ducha i zaczął się zastanawiać, co dalej. Przypadkiem trafił na polskiego księdza, mieszkającego w Rzymie. Udało mu się przenocować u duchownego.

Jak zaznacza Paweł Kuryło, do Polski wróci pociągiem.

żar/Dziennikpolski24.pl

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »