Prezes PZPC Zygmunt Wasiela napisał list otwarty do dobrego ducha naszej kadry w którym zarzucił utytułowanego sportowcowi działania na szkodę związku i "szkalowanie" demokratycznie wybranych władz (sic!). Wasiela wypłakuje się w liście, że wypowiedzi Kołeckiego - po zdobyciu medali przez Adriana Zielińskiego i Bartłomieja Bonka w Londynie - sprawiły, że zamiast święcić triumf, "polska sztanga i jej związek znalazły się pod pręgierzem".
Przedstawiciel związku zarzuca legendzie polskiej sztangi, że wytwarza klimat nienawiści, ośmiesza trenera kadry, plan przygotowań i ogólnie robi wszystko tylko po to, aby zaistnieć w PZPC. A żeby jeszcze bardziej przywalić dwukrotnemu medaliście olimpijskiemu, Wasiela "uprzejmie przypomina" Kołeckiemu, że był ukarany za stosowanie dopingu i "grzecznie sugeruje", że w razie przypomnienia sobie przez działaczy o sprawie, Kołecki móglby zostać dożywotnio zdyskwalifikowany i pozbawiony prawa do olimpijskiej emerytury.
Ponadto prezes Wasiela bawi się w prywatnego detektywa, który nie traci ochoty na rozliczanie Adriana Zielińskiego. Okazuje się, że związek sprawdzał, czy Adrian Zieliński w 2012 roku przekroczył obszar strefy Schengen. Z danych PZPC wynika, że mistrz olimpijski tego nie zrobił. "Więc gdzie pan Zieliński był wtedy, gdy miał być w miejscowości Kwajsa u stóp Kaukazu. Być może wie to właśnie pan i podzieli się ze mną, z zarządem PZPC i mediami tą akurat jakże ważną informacją" - grzmi prezes PZPC w swoim sherlockowskim zapale.
Wasiela zapomniał jeszcze dodać "Wróć komuno!". A pomijając uszczypliwości, warto zastanowić się w którym normalnym kraju, federacja sportowa grozi facetowi, który wspierał aktualnego mistrza olimpijskiego? Jaki związek prowadzi prywatne "śledztwo" ws. zdobywcy złotego medalu największej imprezy sportowej na świecie? Czyżby pragnienie stołka było ważniejsze od pragnienia triumfu?
Aleksander Majewski

