Kierownictwo partii chadeckich CDU/CSU oraz socjaldemokratów (SPD) zatwierdziło pod koniec listopada, po długich i chwilami burzliwych negocjacjach, umowę koalicyjną. Ciekawe przy tym – zwłaszcza z polskiego punktu widzenia – że podczas gdy kwestie społeczne, z płacą minimalną i systemem emerytalnym na czele, mocno poróżniły obie strony, w temacie polityki zagranicznej panowała względna zgoda. Zamiast radykalnej zmiany kursu nowi koalicjanci stawiają na kontynuację.
Wprawdzie liberała Guido Westerwelle na stanowisku szefa MSZ zastąpi prawdopodobnie polityk SPD Frank-Walter Steinmeier. Tyle że urząd ministra spraw zagranicznych w Niemczech w ostatnich latach stracił na znaczeniu. Jeszcze parę dziesięcioleci temu był prestiżowy, z reguły związany z funkcją wicekanclerza. Dziś, jak napisał „Der Spiegel”, stał się „wybrakowanym towarem”. Znacznie bardziej wpływowy niż szef dyplomacji jest dziś minister finansów. A politykę zagraniczną w dalekim stopniu kształtuje kanclerz Angela Merkel i jej doradcy.
Jeśli zaś chodzi o istotę tej polityki, na froncie zachodnim bez zmian. Zarówno w polityce europejskiej (podkreślono przywiązanie Niemiec do wspólnej europejskiej waluty oraz sprzeciw wobec uwspólnotowienia długu), jak i w kwestii obronności (Niemcy zamierzają dalej stać z boku, podczas gdy USA odgrywają rolę światowego policjanta) – zasadniczo nic się nie zmieniło. Dorzucone do tego zdanie, że Berlin chce, by UE „w pełni dorosła do Pokojowej Nagrody Nobla, którą otrzymała”, mimowolnie wywołuje uśmiech.
Nieco inaczej wygląda sytuacja na froncie wschodnim. Nie od dziś wiadomo, że SPD ma o wiele bardziej przychylny stosunek do Rosji niż chadecja. Nie bez powodu były kanclerz Niemiec z ramienia socjaldemokratów Gerhard Schröder, który niegdyś nazwał prezydenta Rosji Władimira Putina „krystalicznym demokratą”, po przejściu na kanclerską emeryturę zatrudnił się w Gazpromie.
I to nastawienie niemieckiej lewicy odbiło się w umowie koalicyjnej. Stosunki z Rosją zostały zdefiniowane jako „modernizujące partnerstwo”. Jest w tym pewna dawka protekcjonalizmu – to Niemcy, rzecz jasna, mają modernizować Rosję. „Wobec społeczeństwa cywilnego, mniejszości i politycznej opozycji Rosja musi przestrzegać reguł państwa prawa i demokracji” – czytamy.
Podniesiony w pouczającym geście palec RFN nie powinien nas jednak skłonić do błędnego założenia, iż relacje Niemiec z Rosją dotarły do martwego punktu. To prawda, że Berlin obraził się na Moskwę, w każdym razie oficjalnie –za prześladowanie mniejszości seksualnych. To prawda, że starania podejmowane ostatnimi latami przez niemieckich polityków, by wepchnąć Rosję na kurs bardziej liberalny, spełzły na niczym. Ale czy ktoś naprawdę wierzy, że kanclerz Merkel i jej doradcy są aż tak naiwni, że sądzą, iż z Putina da się zrobić demokratę?
Obie strony odgrywają tu komedię na użytek niezorientowanej publiczności. W rzeczywistości współpraca gospodarcza między nimi rozwija się w najlepsze, nawet jeśli nie mają sobie nic do powiedzenia na forum Petersburskiego Dialogu. Ale widać to nawet na poziomie politycznym: gdy prezydent Joachim Gauck oświadczył, że z powodu prześladowania w Rosji mniejszości seksualnych nie pojedzie na otwarcie zimowych igrzysk w Soczi, kanclerz Merkel pośpieszyła zapewnić, że ona z wizyty w Soczi nie zrezygnuje.
Z umowy koalicyjnej chęć do współpracy wyraźnie wybrzmiewa: „Niemcy i Rosja są mocno ze sobą związane poprzez historię. Rosja to największy i najważniejszy sąsiad Unii Europejskiej“. Dialog Petersburski, mimo zgrzytu, ma być kontynuowany. Dalej ton staje się jeszcze bardziej przyjazny: „Dążymy do zawarcia nowej umowy Rosja-UE oraz wzmocnienia współpracy z Moskwą w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Europa nie może budować swojego bezpieczeństwa przeciwko Rosji”.
W tej wzmocnionej współpracy ma według życzeń przyszłych koalicjantów uczestniczyć Polska w ramach reanimacji politycznego trupa, którym jest trójkąt kaliningradzki. Jedynym sukcesem, który to forum jak dotąd odnotowało, jest zawarcie w grudniu 2011 r. polsko-rosyjskiej umowy o małym ruchu granicznym. By trójkąt mógł odgrywać istotną rolę, Polska musiałaby bowiem zrezygnować z samodzielnej i niezależnej polityki wschodniej. Co nie jest i nie może być w naszym interesie. To, że Berlin dąży do reaktywacji trójkąta, powinno nas więc niepokoić. Tym bardziej że koalicjanci w umowie w ogóle nie odnieśli się do perspektywy członkostwa w UE państw Partnerstwa Wschodniego.
Pozostałe propozycje współpracy skierowane do Polski są miałkie: kolejny polityczny trup, Trójkąt Weimarski z Francją oraz rozbudowa Polsko-Niemieckiej Współpracy Młodzieży. To mało, bardzo mało. I nie pomaga entuzjastyczne wskazywanie na fakt, że w dokumencie Polska została wymieniona z osobna jako jeden z nielicznych krajów w Europie. Wciąż jesteśmy dla Niemców partnerem drugorzędnym. W trójkącie czy bez.
Aleksandra Rybińska
Artykuł ukazał się i interentowym Tygodniku "Nowa Konfederacja", który współpracuje z portalem Fronda.pl.
