Odpowiedź jest i prosta i trudna zarazem, po prostu – mamy w Polsce najlepsze w Europie przedszkola. I nie jest to żart czy puste chwalenie się, ale najczystsza prawda. Nie jest to jednak stan i zasługa jedynie ostatnich, „wolnych” lat. To proces trwający od pół wieku.
W okresie realnego socjalizmu przedszkola były, co zrozumiałe zważywszy wiek podopiecznych, najmniej obciążone obowiązkami indoktrynacyjnymi. Mogły więc spokojnie skupić się na wychowywaniu i kształceniu dzieci. Jednocześnie, wolne od socjalistycznej retoryki, nigdy nie straciły zaufania rodziców. Pod tym względem mocno przypominały Kościół. I tu mamy pierwszy element sukcesu przedszkoli: w przeciwieństwie do szkół przedszkola cieszą się niemal bezgranicznym zaufaniem rodziców, a to absolutny fundament oświaty.
Drugim elementem przesądzającym o atrakcyjności naszych przedszkoli jest duży stopień ich odformalizowania. To znaczy - w znacznej mierze przedszkola są przedłużeniem wychowania domowego i wychowawcy mają w tym zakresie sporą swobodę (co wynika m.in. z wspomnianego wyżej zaufania). W przedszkolach zachodnich, a zwłaszcza skandynawskich, każde zachowanie wychowawcy wobec przedszkolaka jest objęte odpowiednim zapisem, odpowiednim standardem (są placówki, w których płaczącego dziecka nie można przytulić czy wziąć na kolana!). Przykłady można by mnożyć.
Faktem obiektywnym jest, że przedszkola to instytucje edukacyjne najbardziej w Polsce oblegane. A to, że pełnią również funkcję „przechowalni” dla dzieci pracujących rodziców jest tu tak samo ważne jak ich skuteczność edukacyjna, a ściślej uspołeczniająca. W przedszkolach bowiem dzieci uczą się nieprawdopodobnie dużo. I to nie w zakresie przedmiotów, które będą podstawą nauki szkolnej, lecz w zakresie bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i dorosłymi. A wszystko to odbywa się w niemal domowej atmosferze czego nie spotkamy w przedszkolach brytyjskich czy duńskich.
Pomysł, aby od jakości przedszkoli odcinać kupony czyli komercjalizacja czasu pobytu dziecka w placówce jest ideą charakterystyczną dla działań tej ekipy w zakresie edukacji. Nasamprzód decyzję o tym oddano samorządom lokalnym, których chciwość, w każdym fragmencie życia społecznego zdaje się nie mieć granic, a następnie użyto uzasadnienia, że rodzice miast płacić za nadgodziny pobytu dziecka w przedszkolu szybciej je odbiorą i się nim zajmą. Przypomina to ”motywację” podnoszenia cen na wódę czy papierosy. Cena miała ograniczyć alkoholizm czy nałóg palenia. Amerykanie w takich wypadkach mówią „bullshit”.
Tymczasem fakty pozostawiania dziecka w przedszkolu dłużej niż przewiduje to ustawowy czas należą do rzadkości i bywają często powodowane ważnymi przyczynami profesjonalnymi (awarie, nagłe wyjazdy, konieczne zastępstwa). Karanie rodziców za to, że ich dzieci są dłużej w przedszkolu jest moim zdaniem całkowicie sprzeczne z edukacyjnym obyczajem i konstytucją.
Także pod względem oświatowym wkrada się nam tu dwuznaczność. Dziecko odbierane |(z oszczędności) o 13.00 niejako „traci” niemal trzy godziny nauki, zabawy, zajęć fizycznych-słowem rozwoju, w stosunku do dziecka które za kilkanaście złotych w małej (bo już „finansowo przetrzebionej”) grupie uczy się rzeczy nowych, ma okazję do swobodniejszej (mniej dzieci) zabawy, etc.
Tworzy się tu istotna nierówność, niezamierzony społeczny błąd. Funduje nam go, na kilka miesięcy przed odejściem rząd (rękami samorządów) rozpoczynając tym samym proces psucia unikalnych w skali europejskiej placówek edukacyjnych-polskich przedszkoli. Po prostu szkoda. Szkoda nie tylko dzisiejszych przedszkoli, szkoda Polski tej za ćwierć wieku.
Aleksander Nalaskowski

