„Kupuj, gdy leje się krew!” – zwykł mawiać baron Rotszyld. Wiele wskazuje na to, że podobnie sprawy się mają w kwestiach politycznych. Tak twierdzą Richard Doner, Bryan Ritchie i Dan Slater w artykule opublikowanym na łamach periodyku „International Organization”.

Błyskawiczny i wszechstronny rozwój niektórych krajów Dalekiego Wschodu podczas zimnej wojny dał swego czasu powody do nazwania ich „tygrysami” lub państwami rozwojowymi (developmental state). Autorzy przywołanego tekstu stawiają tezę, że państwo takie rodzi się nie wtedy, kiedy sytuacja danego kraju jest pomyślna, lecz właśnie wtedy, gdy z pozoru wszystko się wali. Definiują oni „tygrysa” jako kraj, w którym „sprawna i profesjonalna biurokracja współpracuje z zorganizowanym sektorem prywatnym, napędzając tym samym transformację kraju”, i twierdzą, że powstaje on tylko wówczas, kiedy ich elity polityczne i gospodarcze nie mogą nie poprzeć takiego rozwoju z braku alternatywy. Brak alternatywy powstaje zaś, gdy system, w którym elity operują, jest wyjątkowo podatny na polityczne załamanie. Opisując warunki powstania takiej sytuacji, badacze wymieniają trzy czynniki, które muszą wystąpić łącznie. Warunki owe są następujące: po pierwsze, „uzasadniona obawa”, że pogorszenie się warunków życia może wywołać falę społecznego niezadowolenia; po drugie, zewnętrzne zagrożenie zwiększające presję na rozbudowę armii i import technologii wojskowych; i po trzecie, brak łatwo dostępnych źródeł dochodu takich jak proste w wydobyciu surowce naturalne.

Doner, Ritchie i Slater głoszą, że jeśli te trzy czynniki wystąpią równocześnie i żaden z nich natychmiast nie doprowadzi do zupełnego wymazania kraju z mapy świata, to kraj ten będzie się gwałtownie rozwijał w oparciu o zaawansowane technologie i rygorystyczny system edukacji. Jako typowe przykłady badacze wymieniają Singapur, Tajwan oraz Koreę Południową. Wszystkie te kraje w połowie XX w. znalazły się w sytuacji, w której ich sąsiadami były wrogie potęgi, brak im było surowców naturalnych, zaś etniczne, polityczne i gospodarcze napięcia groziły wybuchem masowego niezadowolenia. Na ich terenach aktywna była np. radykalna lewica lub inne frakcje działające wewnątrz państwa jako piąte kolumny. Oznaczało to, że kraje te musiały z niczego wyczarować rozwój technologiczny, który uzbroiłby armię i napędził przemysł; tym samym zmniejszając poziom społecznego niezadowolenia.

W Europie klasycznym przykładem „tygrysa” w mojej ocenie jest Finlandia, która wobec niepewnej sytuacji politycznej, presji ze wschodu i braku surowców musiała rozwijać się w sposób bardzo podobny do azjatyckich tygrysów. Warto tu dodać, że prężnie rozwijająca się myśl techniczna II Rzeczypospolitej była na najlepszej drodze, by uczynić z nas drugą Finlandię. Niestety polskie „okno możliwości” zbyt krótko pozostało otwarte.

Luki w modelu

Dochodzimy w tym miejscu do dwóch istotnych luk w przedstawionym modelu. Nie każdy mało zasobny w surowce, niestabilny i zagrożony ze strony sąsiadów kraj staje się bowiem „tygrysem”. Od czego zależy to, czy tak się stanie? Po pierwsze, elity muszą dostrzegać zagrożenie, ale jednocześnie nie zostać przez nie unicestwione, nim będą miały czas na reakcję. Sąsiedzi potencjalnych „tygrysów” wszak nie śpią. Przy pierwszych oznakach reform mogą niepokorny kraj podbić, a elitę wyniszczyć lub zmusić do emigracji. Okna reformatorskie otwierają się więc bardzo rzadko, a w Azji bez wątpienia pomogła militarna protekcja USA. Była ona bowiem na tyle słaba, by dać odczuć zagrożenie i pozwolić na samodzielny rozwój, a jednocześnie na tyle silna, by czerwona fala nie zatopiła powstających wysepek dobrobytu. Polska w Jałcie miała niestety mniej szczęścia, a i obecnie nie odgrywa raczej istotnej roli w polityce zagranicznej Waszyngtonu.

Drugą ważną luką w amerykańskim modelu jest brak omówienia zagadnienia samodzielności systemu politycznego. Parametr ten opisuje, jak bardzo dany system może być zmieniony przez już istniejące i działające według określonych schematów elity. Dopiero dzięki niemu zrozumieć można, dlaczego byłym koloniom tak trudno jest się reformować. Dzieje się tak, zwłaszcza jeśli, tak jak w przypadku kolonii hiszpańskich, francuskich i holenderskich oraz terytoriów zależnych od Kremla, były one centralnie administrowane przez metropolie za pomocą sztywnej machiny biurokratycznej. Dla porównania, kolonie brytyjskie były znacznie bardziej przychylne samorządom samych kolonistów lub kooptacji tubylców. Należy też zaznaczyć, że choć w pełni samodzielny układ władzy jest z natury bardzo zachowawczy, to tylko samodzielność elit gwarantuje, iż kiedy mimo wszystko zdecydują się one na reformy, to ich beneficjentem będzie przede wszystkim to ciało polityczne, które owe elity reprezentują.

Innym dość oczywistym założeniem, o którym nie wspominają amerykańscy politolodzy, jest to, że elity polityczne państwa muszą swoje ambicje wiązać tylko z jednym konkretnym ludem politycznym, któremu przewodzą, uznając przy tym, iż nigdzie indziej nie będą miały szans na osiągnięcie porównywalnych pozycji. Jest to cecha, którą inny badacz azjatyckiego cudu, Peter Evans, określa jako „społecznie zakorzenioną autonomię” (embedded autonomy) elit i uznaje ją za warunek konieczny dla szybkiego rozwoju.

Nie dość źle?

Przyrównując sytuację naszego kraju do teorii Donera, Ritchiego i Slatera, łatwo dostrzec, że w myśl wyznaczonych przez naukowców warunków początkowych powstania „tygrysa” stan, w jakim znajduje się Polska, jest jeszcze „nie dość zły”. Nasze elity i społeczeństwo jeszcze nie czują się bowiem wystarczająco zagrożone.

Coś zaczyna już pękać, coś się zmienia. Nim jednak poprzednio mobilizowani przez Platformę Obywatelską „młodzi, wykształceni z wielkich miast” zmienią kurs o 180 stopni, zatrzymają się w miejscu i na jakiś czas popadną w polityczną bierność. W najbliższych wyborach mogą np. zwyczajnie do urn nie pójść, co zapewne da słabe, pyrrusowe zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego, doprowadzając w efekcie do patowej sytuacji na scenie politycznej. Społeczne napięcia zdolne wymusić drastyczne reformy, inwestycje w edukację oraz budowanie opartego na nowoczesnych technologiach przemysłu dopiero zaczynają powstawać i za pewne nie będą jeszcze w pełni widoczne podczas najbliższych wyborów parlamentarnych.

Co do zagrożeń zewnętrznych, to ich również polskie elity zdają się na razie nie dostrzegać dość wyraźnie. Są wszak już widoczne pewne sygnały zmiany tej postawy, choć nie do końca takie, na jakich powinno nam zależeć. Jacek Rostowski wspominał np. swego czasu o prezesie dużego banku, który wobec kryzysu w Europie poważnie zastanawia się nad tym, by uzyskać dla swoich dzieci zielone karty.

W podgrzaniu atmosfery zagrożenia możemy jednak liczyć na nieocenioną pomoc ze strony Władimira Władimirowicza Putina, który wprost uwielbia swoich sąsiadów straszyć i poniżać, po to aby w swoim kraju uchodzić za politycznego macho. Jeszcze lepszą – w wyżej nakreślonym kontekście – wiadomością jest to, że choć Putin jest świetny w wywoływaniu psychozy, to prawdziwa „Machtpolitik” wychodzi mu średnio. Jego kraj dawno już utracił status supermocarstwa i obecnie nawet opanowanie stosunkowo peryferyjnych kwestii kaukaskich zdaje się dla niego trudnym i męczącym przedsięwzięciem. Tak więc choć Rosja nie omieszka nas przy różnych okazjach drażnić, to na razie brak jej militarnych i politycznych sił, by Polskę zwasalizować, nawet jeśli założymy daleko posuniętą bierność polskich elit. O ile zaś Kremlowi brakuje siły na naprawdę agresywne posunięcia polityczne wobec Warszawy, o tyle naszemu drugiemu wielkiemu sąsiadowi brak, na razie, ku temu politycznej woli. Niemcy odrobiły lekcje z historii i nie załatwiają już swoich geopolitycznych interesów tak brutalnie, jak to w przeszłości bywało. Preferują dziś nieco powolniejszą i mniej drastyczną presję instytucjonalno-finansową. Nie oznacza to oczywiście, że ich polityka nie jest niebezpieczna, jest jednak mniej gwałtowna, przez co daje ich partnerom lub też ofiarom (patrz Grecja i Hiszpania) czas na reakcję. Pomimo pewnego szczęścia w nieszczęściu, jak słusznie dowodzi George Friedman, obaj nasi silniejsi sąsiedzi będą jednak raczej zwiększać presję wywieraną na Polskę. Jest spora szansa, iż w dającej się przewidzieć przyszłości nie dojdzie do żadnego gwałtownego uderzenia. Co oznaczałoby, że okno geopolitycznej szansy zupełnie się nie zamknie.

Znacznie większym problemem dla Polski jest brak pełnej samodzielności elit politycznych. Żaden układ polityczny oczywiście nie jest nigdy w pełni samodzielny. Nasz kraj ma jednak za sobą okres kolonialny, a do NATO i UE dołączył stosunkowo niedawno. Stąd jego elity nadal mogą sądzić, że na Zachodzie czeka na nie „prawdziwa” kariera, a tu u nas „pospolitość skrzeczy”. Co do zagrożenia wschodniego, na razie, szczęśliwie nie potwierdzają się spiskowe teorie o agenturalności polskiego establishmentu. Nasi byli przywódcy jeszcze nie są na razie oficjalnie zatrudniani przez Gazprom, jak były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder. Można się jednak obawiać, że polskie elity nadal zbyt bardzo wierzą w stabilność struktur takich jak Pakt Północnoatlantycki i Unia Europejska. Po części to zrozumiałe: tak niedawno dołączyliśmy do tych organizacji, a już musimy zmierzyć się z widmem ich upadku w dotychczasowej formie. Radosław Sikorski zaledwie cztery lata temu ubiegał się przecież o fotel szefa NATO. W strukturach europejskich odnalazł się natomiast były premier Jerzy Buzek.

Gdy patriotyzm zaczyna się opłacać

Polityków należy jednak traktować jak racjonalnych graczy bez przypisywania im zbyt dużej dozy złej woli. Fakty są zaś nieubłagane. Coraz częściej słychać poważne głosy, że drogą wyjścia z obecnego europejskiego pata jest albo likwidacja wspólnej waluty, albo pogodzenie się z ostatecznym krachem UE. Należy się więc spodziewać, że już wkrótce większość uczestników polskiego życia publicznego stanie się bardziej patriotyczna i geopolitycznie zorientowana na mniejszy region środkowoeuropejski. Nie będzie to, oczywiście, wypływało z jakiejś nagłej duchowej przemiany, tylko ze zwykłej konstatacji, iż europejski kosmopolityzm przestaje się opłacać.

Polska ma więc realną szansę, by dzięki kryzysowi i wewnętrznej dynamice zmian zamienić się w prawdziwego europejskiego tygrysa. Pod warunkiem oczywiście, że nasze elity zdobędą się na większą samodzielność. Logika presji, która wymusza rozwój, wydaje się przewrotna. Żadnej szansy nie należy jednak nie doceniać.

Michał Kuź "Nowa Konfederacja"

Artykuł pochodzi z nowego numeru Tygodnika NOWA KONFEDERACJA