"O szóstej rano budzi cię brzęk setek łańcuchów, obijających się o nogi wstających więźniów. Czekasz, aż otworzą się stalowe drzwi małej, napchanej ludźmi klatki. Jeśli masz trochę szczęścia, dostaniesz się do zbiornika z wodą, o kolorze kawy z mlekiem. Kilka misek brudnego płynu ochłodzi spocone ciało. Mija pół godziny, na plac wjeżdżają kotły wypełnione ryżem i tak zaczyna się kolejny gorący dzień walki o przetrwanie dla kilkunastu tysięcy ludzi." – opowiada Pauli, który swoje przeżycia opisał w książce „12 x śmierć. Piekło w raju.
"Myślałem, że Donald Tusk czy Radosław Sikorski, czyli politycy bardziej liberalni, lepiej zrozumieją mój problem. Od nich jednak nie uzyskałem żadnej pomocy. Pomogli mi natomiast dużo bardziej konserwatywni Lech Wałęsa i nieżyjący Lech Kaczyński."
"To był pomysł mojej babci - weteranki Armii Krajowej. To ona napisała bezpośrednio do Marii Kaczyńskiej. Prawdopodobnie to dzięki jej wstawiennictwu otrzymałem wsparcie nieżyjącego prezydenta. Potem to samo zrobili jeszcze dwaj prezydenci i jakimś cudem uzyskałem ułaskawienie."
"Mówię o cudzie, ponieważ o ułaskawienie króla Tajlandii stara się rocznie około 50 tys. więźniów, a dostaje je zaledwie kilka osób." - opowiada Pauli
UBu/onet.pl/wPolityce.pl
