Angażując się w dialog katolicko-żydowski poruszał się Ksiądz w dwóch światach, poróżnionych ze sobą i pełnych obustronnych niechęci i podejrzliwości. Czy było to łatwe zadanie?
Na żadnym etapie kontaktów chrześcijańsko-żydowskich nie można było uczynić ze mnie bezkrytycznego sojusznika jednej linii myślenia ani jednej określonej opcji. Żydzi mieli mi coraz bardziej za złe, że nie jestem tubą ich racji po stronie polskiej i katolickiej. Pewna część katolików, przede wszystkim ci, którzy nie dość uważnie słuchali tego, co mówię i czytali to, co piszę, patrzyła podejrzliwie, ponieważ każdy kontakt z Żydami traktowano podejrzliwie i nieufnie. Mnie też coraz szerzej otwierały się oczy i coraz częściej zadawałem sobie pytanie, czy ta nieustanna szarpanina ma sens.
Bardzo wiele do myślenia dała mi konferencja "Kto jest twoim bliźnim po Holocauście", zorganizowana na początku mają 1996 r. w Instytucie Polskim w Sztokholmie. Do udziału w niej zachęcał min. Krzysztof Śliwiński. Konferencja miała dotyczyć moralnych, etycznych i społecznych wymiarów Holocaustu oraz zwrócić uwagę na potrzebę budzenia wrażliwości wobec dramatu Żydów. Jako miejsce nieprzypadkowo wybrany został Sztokholm – siedziba wpływowej wspólnoty Żydów wywodzących się z Polski, którzy wyemigrowali tam po marcu 1968 r. Wyjeżdżali także do Wiednia i Kopenhagi, ale w Sztokholmie osiadło ich najwięcej. Udając się tam z bp. Stanisławem Gądeckim nie przeczuwaliśmy pułapek, które się wiązały z uczestnictwem w tej konferencji. Na lotnisku w Warszawie, tuż przed odlotem do Sztokholmu, Jan Grosfeld poinformował, że obecni będą na niej Adam Michnik i Leszek Miller, a w samolocie min. Śliwiński potwierdził tę informację. Obaj, Grosfeld i Śliwiński, wiedzieli o tym od dłuższego czasu. Widząc naszą konsternację Śliwiński wyraził zakłopotanie i dodał, że nie mógł nic zrobić, bo jest „urzędnikiem państwowym”.
Na miejscu okazało się, że trzon imprezy ma stanowić debata Michnika z Millerem, którego Michnik nazwał „nieoczekiwanym gościem”. Obecność na sali katolickiego biskupa uwiarygodniałaby uczestników tej debaty. Rozpoczęto ją w mało podniosłej atmosferze, ponieważ Michnik („jestem Polakiem, ale dla antysemitą w Polsce chcę być Żydem”) miał ogromne trudności z pozbieraniem myśli i wysławianiem się. Natomiast Miller mówił płynnie i zaczął swoje wystąpienie od słów: „Księża nigdy nie mówili, że trzeba nienawidzić Żydów, koledzy też nie. W rodzinie mówiło się o Żydach na przykładach Polaków, którzy pomagali Żydom”. Dodał, że w 1968 r., gdy nasilała się nagonka przeciwko Żydom, on służył w wojsku, w marynarce wojennej.
Ale o co chodziło w tym ich wspólnym wystąpieniu? Chodziło o uwiarygodnienie Millera i jego towarzyszy przez Michnika w środowisku Żydów, którzy po Marcu ’68 wyemigrowali z Polski do Szwecji. Jeden z zasadniczych elementów „debaty” stanowiło pokajanie się Millera za antysemicką przeszłość PZPR, to znaczy wymuszenie od niego deklaracji, że dawni członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zdają sobie sprawę ze zła, jakie wyrządzili, i publicznie za nie przepraszają. Ale Miller przechytrzył redaktora „Gazety Wyborczej”, albo też taki scenariusz został z góry ukartowany, bo wyjął jakąś kartkę i ogłosił, że to, o co zabiega Michnik, zostało załatwione już na początku lat 90. Odczytał deklarację z 3 marca 1990 r., że SdPR stanowczo odcina się od antysemickich tendencji w PZPR, upatrując w nich „haniebną kartę” w najnowszej historii Polski. Oświadczył, że nie ma zatem potrzeby powracania do tych kwestii.
A Ksiądz zabierał głos w Sztokholmie?
Zarówno na sali, jak i w kuluarach powiedziałem, że zostaliśmy wmanipulowani w coś, co nie ma nic wspólnego w dialogiem chrześcijańsko-żydowskim. Po wspomnianej debacie odwiedziłem Polską Misję Katolicką w Sztokholmie i zwiedzałem miasto. Trzy tygodnie pźniej odbyła się w Warszawie jubileuszowa sesja ku czci 10. rocznicy istnienia Komisji/Komitetu Episkopatu Polski do spraw Dialogu z Judaizmem. Dokonywano podsumowań i ocen, ukazywano osiągnięcia, podkreślano skuteczność przebudowy nastawienia wobec Żydów i ich religii. Krzysztof Śliwiński utrzymywał, że „obraz Kościoła jest bardzo zły” i Kościół powinien wesprzeć Żydów w staraniach o prawne uregulowanie spraw własnościowych, bo „Żydzi by to bardzo dobrze przyjęli”.
W czerwcu miałem wykład w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie na temat Jerozolimy w świadomości chrześcijańskiej, po którym nastąpiła bardzo interesująca dyskusja. Jej pointa brzmiała: jeżeli naprawdę ma dojść do pojednania chrześcijan i wyznawców judaizmu, to może się ono dokonać jedynie na płaszczyźnie religijnej, bo na poziomie ateizmu, czyli bezbożności, o żadnym pojednaniu mowy być nie może.
Wkrótce spotkał się też Ksiądz z ostracyzmem środowiska o biegunie światopoglądowym zupełnie przeciwnym, czyli dyrekcji Radia Maryja.
W drugiej połowie 1995 r. abp Henryk Muszyński poprosił o przeprowadzenie ze studia w Gnieźnie „Radiowej Katechezy Biblijnej” na antenie Radia Maryja. Cykl tych audycji zapoczątkowano kilka lat wcześniej i cieszyły się one dużym powodzeniem. Z przyjęciem tej propozycji łączyła się niemała uciążliwość, gdyż przez dwanaście kolejnych sobót trzeba było stawiać się w Gnieźnie. Wybraliśmy czas wakacyjny jako najbardziej sprzyjający, by urzeczywistnić te plany. Miałem za sobą cykl kilkudziesięciu audycji radiowych o bohaterach Starego i Nowego Testamentu nagranych dla Polskiego Radia we współpracy z red. Elżbietą Kollat. Prowadziłem też konferencje biblijne w ramach redakcji programów katolickich nowo utworzonej wtedy Telewizji Polsat. Doceniam tę formę duszpasterstwa biblijnego, dlatego chętnie przyjąłem możliwość prowadzenia w Radiu Maryja podobnych konferencji, które odbywałyby się na żywo i z udziałem radiosłuchaczy, mających możliwość zadawania pytań i uzyskiwania odpowiedzi. 20 lipca odbyła się pierwsza konferencja na żywo, poświęcona początkom przedwygnaniowego Izraela, transmitowana przez Radio Maryja. Cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, a telefony do studia się urywały. Przez kilka kolejnych dni oddawałem się wakacyjnemu odpoczynkowi. Zwiedzałem Wielkopolskę, nie słuchałem radia, nie oglądałem telewizji, nie czytałem gazet, zaś wieczorami odbywałem spacery z psem, który dzięki temu też miał dobre wakacje. W ogóle nie miałem pojęcia, co się dzieje w świecie.
A co się działo?
Zaraz do tego dojdę. Żeby temu wszystkiemu dodać pikanterii dopowiem, że między pierwszą a drugą konferencją radiową, w środę 24 lipca, pojechałem do Inowrocławia, a stamtąd do Torunia. Pomyślałem, że skoro mam trochę czasu, odwiedzę rozgłośnię Radia Maryja. Wpuszczono mnie do środka, gdzie w recepcji siedziała miła starsza pani. Pochmurniała trochę, albo tak mi się wydawało, gdy usłyszała moje nazwisko. Powiedziała, że zawiadomi kogo trzeba, lecz zanim poszła, pokazała mi kaplicę. Jest bardzo piękna i sprzyja modlitwie! Pomodliłem się w niej dość długo i wyszedłem. Wtedy moja rozmówczyni poinformowała, że, niestety, nikt nie może ze mną rozmawiać. Nieświadomy niczego, pożegnałem ją, wstąpiłem na toruńskie Stare Miasto i wróciłem do Gniezna. Modlitwa w kaplicy wydała mi się wystarczającym pożytkiem z tych odwiedzin.
Po powrocie do Gniezna jedna z sióstr pracujących w domu arcybiskupim powiedziała, że wokół tych audycji „coś się dzieje”. Odpowiedziałem, że byłem dzisiaj w Toruniu, więc uznała sprawę za zamkniętą i w ogóle nie podjęliśmy tematu. Dopiero w sobotę przed programem ksiądz odpowiedzialny za „gnieźnieński” blok w Radio Maryja oznajmił, że wygląda na to, iż toruńska dyrekcja nie chce tych konferencji. Odpowiedziałem, że byłem trzy dni wcześniej w Toruniu i nikt mi nic takiego nie powiedział. To zapewnienie go uspokoiło i przeprowadziliśmy drugą konferencję.
Na żywo?
Oczywiście, z udziałem słuchaczy, ale nikt o żadnych zawirowaniach nie wspominał. Gdy program się skończył, zorientowałem się, że od jakiegoś czasu trwa kampania w celu przerwania konferencji i niedopuszczenia ich na antenę. Okazało się, że tylko zdecydowana postawa abp. Muszyńskiego, a także kilku innych biskupów, sprawia, że mogą się one odbywać.
Czy konferencje dotyczyły dialogu z Żydami, czy były tylko chrześcijańską wykładnią nauki o Starym Testamencie?
Ich tytuł brzmiał: Biblijny Izrael – Dzieje i religia. Celem konferencji było przedstawienie historii biblijnego Izraela aż do rozejścia się dróg Synagogi i Kościoła. Sporo pytań od słuchaczy dotyczyło problematyki, która miała związek z dialogiem katolicko-judaistycznym, ale temat audycji wprost tego nie dotyczył.
Czy w pytaniach słuchaczy Radia Maryja wyczuł Ksiądz jakąś niechęć?
Wręcz przeciwnie! Pytania były tak rzeczowe, grzeczne, wyważone i skondensowane, że byłem mile zaskoczony ich poziomem. Dopiero gdy po ponad tygodniu wróciłem do Warszawy i przejrzałem zaległe gazety, dowiedziałem się, że – przy całej swojej niewiedzy – stałem się medialnym bohaterem tych kilku dni. Na początku skłonny byłem uznać to za osobliwość sezonu ogórkowego, moja osoba była jednak gorącym tematem w wielu gazetach. Byłem tym wszystkim mocno zdziwiony, bo nikt ze mną nie rozmawiał. Przecież gdyby dyrekcja Radia Maryja nie życzyła sobie moich konferencji, wystarczyło mi to powiedzieć.
Media rozpisywały się szeroko o tym, że stał się Ksiądz obiektem przepychanki między o. Rydzykiem a abp. Muszyńskim.
Arcybiskup Henryk Muszyński słusznie uznał, że skoro jest pomysłodawcą tych konferencji biblijnych, odpowiada za ich kształt, oddaje na ich użytek swoją diecezjalną rozgłośnię i sam dobiera prelegentów, to nie może sobie pozwolić na żadne niepotrzebne ustępstwa, bo byłoby to uderzenie w jego prerogatywy jako miejscowego biskupa. Po drugiej konferencji w Gnieźnie oświadczyłem mu, że jeśli moja osoba ma być powodem jakichkolwiek konfliktów, gotów jestem zaniechać głoszenia konferencji. Odpowiedział, że nie ma o tym mowy, gdyż taka jest jego decyzja, od której nie odstąpi. Tak więc cykl trwał nadal, a moje audycje w Radiu Maryja były emitowane rano, a także powtarzane wieczorem. Co ciekawe, nic z szumu w mediach wokół tych konferencji nie przedostało się na antenę Radia Maryja.
Czy domyśla się Ksiądz, czym naraził się temu środowisku? Dlaczego był taki sprzeciw wobec osoby Księdza jako prowadzącego te konferencje? Czy spotkał się Ksiądz w ogóle z kimkolwiek z kierownictwa Radia Maryja?
W tamtym czasie, aż do pomyślnego zakończenia całego cyklu w początkach października, nie rozmawiałem z nikim z dyrekcji Radia Maryja.
Z o. Rydzykiem też nie?
Nie spotkałem się z nim wtedy osobiście, ani nie rozmawiałem telefonicznie. Nie szukałem takiego kontaktu, a dyrekcja Radia Maryja też się nie odzywała. Ponieważ wszystkie ustalenia podjąłem z abp. Muszyńskim, czułem się odpowiedzialny wyłącznie przed nim. Upewniłem się, czy nie jest to dla niego zbyt trudna sytuacja. Odpowiedział krótko: „Obaj ustalaliśmy ten program i obaj go zrealizujemy”. Na tym się sprawa skończyła. Wszystkie katechezy oraz pytania słuchaczy i moje odpowiedzi zostały wydane w 1998 r. w formie książkowej jako dziesiąty tom serii „Radiowe Katechezy Biblijne”.
Jaka była rzeczywista przyczyna tych przepychanek? Czy poglądy Księdza nie odpowiadały Radiu Maryja, czy też był to bardziej fakt prasowy?
Z pewnością media wyolbrzymiły sprawę znacznie bardziej niż rzeczywiście na to zasługiwała. Podejrzewam, że w dyrekcji radia istniała jakaś nieufność wobec podjętej problematyki – nie ma w tym dla mnie nic specjalnie dziwnego. Ale rzeczywistej przyczyny dopatruję się gdzie indziej. Późniejsze rozmowy, jakie odbyłem, uzasadniają domniemanie, że doszło do pomyłki, z którą się spotykałem także przy innych okazjach. Ktoś z kierownictwa Radia Maryja pomylił dwa nazwiska: moje i ks. Michała Czajkowskiego. Wiele razy obrywałem za niego (być może i on za mnie), gdy mylono nasze osoby ze względu podobieństwo nazwisk i zbieżność zainteresowań. Co do Radia Maryja dodam, że niedługo potem jego przedstawiciele nawiązali ze mną kontakt i zaprosili do udziału w programie na żywo. Aczkolwiek z powodu innych obowiązków nie mogłem z tego zaproszenia skorzystać, w późniejszym okresie byłem kilkakrotnie gościem Radia Maryja i Telewizji Trwam, a w szczerej i męskiej rozmowie z o. Tadeuszem Rydzykiem odnieśliśmy się do tej sprawy i definitywnie ją zamknęliśmy.
Sądzę, że niemały wpływ na to nieporozumienie miała także napięta sytuacja w relacjach polsko-żydowskich spowodowana kontrowersjami wokł 50. rocznicy pogromu kieleckiego. Nie brałem udziału w tych uroczystościach, a pozostawiły one spory niesmak i w sumie zaszkodziły relacjom z Żydami. Stało się tak dlatego, że w niewybredny sposób została podniesiona sprawa obecności krzyża na Żwirowisku.
Rozmawiali Grzegorz Górny i Rafał Tichy
Oprac. sks
Zobacz także:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

