Ciało Gintrowskiego zostało spopielone i złożone w beżowej urnie. Z kościoła wyniosła je żona. Za krzyżem szły trzy poczty sztandarowe, z których pierwszy należał do Regionu Mazowsze. Dużo młodych ludzi, wśród nich uczniowie z wyhaftowanym znakiem Batalionu Parasol. Zimno, wzruszenie, refleksyjne spojrzenia, jakby szukanie w zakamarkach pamięci jego ochrypłego głosu, gitary mieszanej z elektroniką, surowej wrażliwości, nauki antykomunizmu.
To był również dzień, w którym spotkało się wielu znajomych z czasów podziemnej Solidarności, Niezależnego Zrzeszenia Studentów, ideowego działania. Podawano nad głowami wieniec, młody ksiądz w fioletowej stule modlił się za zmarłego, który – wszyscy obecni na pogrzebie byli w tym zgodni – odszedł za szybko. Miał tylko 61 lat.
Zaintonowano „Modlitwę o wschodzie słońca”, powtarzano refren. Tak niosła się po cmentarzu pieśń, którą Gintrowski zawsze rozpoczynał swoje koncerty, wśród granitowych krzyży i jesiennych drzew, wśród chyba tysiąca zebranych osób. Mężczyźni patrzyli przed siebie, kobiety wycierały oczy. Tak jest, gdy odchodzi ważny idol lat młodości, niezłomny patriota, charyzmatyczny wykonawca poezji Kaczmarskiego i Herberta, ochrypły nauczyciel historii.
Zapalano białe i czerwone znicze. Grób zatonął w kwiatach. Robiono na pamiątkę zdjęcia komórkami.
Ktoś zostawił z tyłu grobu, wraz z białym bukietem, zalaminowaną kartkę z fragmentem piosenki „Powrót”. Gdy wszyscy się rozeszli, może w ten mroźny dzień śpiewał ściszonym głosem:
„Ścichł wrzask szczęk i śpiew
Z ust wypluwam lepki piac
Przez bezludny step
Wieje zimny wiatr
Tu i ówdzie strzęp
Lub stopy ślad
Przysypany…”
Jarosław Wróblewski
