Swój tekst zaczyna filozofa od wyrażenia głębokiej pogardy wobec zwyczajnych ludzi wierzących. „Ludzie, zwłaszcza w małych miejscowościach i wsiach, nie mają jeszcze wyobraźni (odwagi? możliwości?) życia inaczej, to znaczy bez kosztownych rytuałów, upokorzeń z nimi związanych (np. nauki małżeńskie, ciągłe datki) i bez posłuszeństwa hierarchom” - oznajmia. I dodaje, że ta władza nie wynika z konkordatu, ale „z braku alternatywy”. „Życie społeczne i publiczne na polskiej prowincji nie jest przez nikogo zagospodarowane. Nie ma wiejskich wspólnot, związki sąsiedzkie są bardzo kruche, wszelkie uroczystości czy inicjatywy społeczne mają charakter religijny: od "majenia" i sprzątania Kościoła, poprzez pielgrzymki (dla niektórych to jedyna dostępna forma turystyki), po uroczystości sołeckie i gminne jak dożynki, otwieranie "orlików" czy placów zabaw, gdzie wszystko podporządkowane jest "wizytującemu" klerowi i obrzędowości religijnej lub quasi-religijnej” - oznajmia.
A na koniec zastanawia się „czy Pan Bóg jest raczej po stronie abp. Hosera, czy po stronie ks. Lemańskiego. Czy lubi silne instytucje i posłuszeństwo, czy raczej myślących, wrażliwych pasterzy. Kogo więc zbawi? Arcybiskupa czy ks. Lemańskiego? Jest w tym jakieś pocieszenie, że odpowiedź na to pytanie nie jest nikomu znana”. Pytanie to w ustach ateistki jest oczywiście bezsensowne, ale przecież nie o sens chodzi, tylko o to, by opluć arcybiskupa Hosera.
TPT/Wyborcza.pl
