Nie mogła jednak się jej poddać, bowiem, jak powiedziała w wywiadzie dla telewizji w dniu, w którym spotkała się z Judą, „nie potrafiłaby zabić szczeniaka albo kotka, a co dopiero dziecka!”. Natrafiła na księdza, który pomógł jej znaleźć dom samotnej matki. Mieszkała w nim aż do 14 lutego, gdy urodziła malutką dziewczynkę. Nie chciała jej oddawać, ale wiedziała, że nie mogłaby jej zatrzymać. Jedna z kobiet pracujących w tym domu, łamiąc obowiązujące reguły, przez dwa tygodnie codziennie po kryjomu umożliwiała matce widzenie się z córką. Przez ten czas zdążyła wytworzyć się między nimi więź. Jak się okazało, Ann przyszło czekać 48 lat, by znowu zobaczyć swoje dziecko.
Oto świadectwo Judy:

 

Adoptował mnie weteran II wojny światowej wraz z żoną, nie mogli mieć dziecka. Pokochali mnie jak swoje własne. O tym, że zostałam adoptowana, dowiedziałam się, mając sześć lat. Wtedy zaczęłam sobie zadawać pytania. Skąd pochodzę? Czemu mnie oddano? Jaka była moja matka? Czy zechciałaby mnie widzieć?...Próbowałam ją odnaleźć, ale informacja o jej danych osobowych była tajna i nie było to łatwe. W 2003 r. decyzją sądu otrzymałam jednak do niej dostęp. Moje podekscytowania prędko zastąpiło poczucie zgrozy, kiedy dowiedziałam się, że moja matka została zgwałcona. Z początku płakałam i cierpiałam, współczując matce, którą dotknęła taka tragedia, ale w chwilach samotności czułam, że mój ból wynika z problemów z własną tożsamością. Przez większość życia próbowałam dociec, dlaczego pojawiłam się na świecie, ale teraz musiałam żyć ze znajomością powodu, dla którego mogłam w ogóle nie istnieć. Ale kiedy samotnie siedziałam w samochodzie, wsłuchując się w głos wewnątrz mnie próbujący mnie nakłonić do podcięcia sobie żył, w których płynie krew gwałciciela, zdałam sobie sprawę z pewnego wspaniałego faktu:
Poświęciłam swe życie Jezusowi Chrystusowi i musiałam podjąć decyzję. Czy mogłabym odebrać sobie życie, skoro oddałam je Temu, który umarł za mnie? Przez chwilę rozmyślałam, a potem zdałam sobie sprawę, że na głos mówię: „Żyję dla Jezusa, tego życia nie mam na własność, bym mogła o nim decydować". Mimo to popadłam w depresję, czułam się beznadziejnie, jakbym była bezużyteczna. Wróciwszy do domu, nie chciałam z nikim rozmawiać, nawet z mężem. Nie było śladu po moim podekscytowaniu, byłam jak zombie.
 
 
Następnego dnia byłam umówiona z kobietą, która miała skomponować dla mnie piosenkę. Poprosiła mnie, bym posłuchała utworu, który właśnie skończyła pisać dla kogoś innego. Ku mojemu przerażeniu był o mężczyznach, którzy wykorzystywali i porzucali kobiety. Załamałam się zupełnie i wykrzyknęłam: „Zamknij się! Przestań!”. Ona nie miała pojęcia, co się stało. Pochyliłam głowę i ujrzałam wizję siebie samej wpadającej w głęboką, ciemną otchłań. Kobieta zeskoczyła ze stołka do fortepianu, podeszła do mnie i rzekła: „Nie wiem, co ci jest, ale wiem, że Bóg cię znał jeszcze zanim się poczęłaś”. Właśnie wtedy w swojej wizji zobaczyłam rękę sięgającą po mnie z góry, która chwyciła mnie za ramię i rzuciła ku bardzo jasnemu światłu. Podniosłam głowę i z wielką radością powiedziałam: „Wierzę w to!”. W tym momencie moje życie uległo zmianie. Wiedziałam, że to, co usłyszałam, było prawdą i że nie będę już nigdy wierzyć kłamstwom, których wysłuchiwałam. Sam Bóg miał powód, bym żyła, i dla Niego żyć będę do końca.
 
 
Miały jednak minąć jeszcze dwa lata do chwili, w której zobaczyłam matkę. W programie Amy Grant „Trzy życzenia” (Three Wishes) pokazywali kobietę, która poznała swoją biologiczną matkę. Podniosłam się prędko z kanapy i napisałam maila do World Wide Tracers (organizacji zajmującej się pomocą ludziom, którzy byli adoptowani i szukają swoich krewnych – przyp. tłum.) z Dallas. Praktycznie natychmiast znaleźli jej adres, a ja już byłam w drodze. Nie chciałam jednak być odrzuconą przed podziękowaniem jej, więc wymyśliłam plan. Miałam zamiar powiedzieć, że chcę przekazać wiadomość od mojej mamy, która zmarła. Wiadomość ta byłaby formą podziękowania za pobłogosławienie jej. W ten sposób dostałaby ją jako pierwsza. Jednak pierwszą osobą, z jaką rozmawiałam, była szwagierka Ann, która zdawała się być podejrzliwa. Powiedziała mi, że przekaże mój numer, a Ann zadzwoni do mnie w przeciągu paru miesięcy. Miała jakieś problemy zdrowotne i prawdopodobnie nie dałaby rady skontaktować się wcześniej. Byłam rozczarowana, choć tego nie okazałam; nie bardzo wierzyłam w to, że doczekam się tego telefonu. Ale cztery dni później zadzwoniła.
 
 
Chciałam być sprytna i nie odebrać, za to wyszukać adres w Internecie, znając numer. Realizowałabym dalej swój plan odnalezienia Ann, aby osobiście powiedzieć jej, że jej wybór był słuszny. Sprawy miały się jednak inaczej po tym, jak otrzymałam ten telefon. Wysłuchałam nagrania na sekretarce i kiedy usłyszałam, że Ann chce zadzwonić do mojego męża, zadzwoniłam do niego i kazałam nie odbierać telefonu od niej. Tego dnia zajęta byłam malowaniem, ale natychmiast wróciłam do domu. Mój (adopcyjny) tata, mieszkający z nami, był obecny przy ponownym odsłuchiwaniu wiadomości. Tym razem jednak z zaskoczeniem zauważyliśmy, że nagrana wiadomość jest dłuższa niż to, czego wysłuchałam wcześniej. „Jeśli jesteś osobą, którą myślę, że jesteś, chcę się z tobą spotkać. Jeśli jesteś moją dawno zaginioną córką Mary Beth, niech Bóg ci pobłogosławi, niech ci pobłogosławi także, jeśli nie jesteś. Zadzwoń”. Popadłam w euforię i natychmiast chwyciłam za telefon. Zaczęłam nerwowo mówić do Ann, ale po drugiej stronie słuchawki było zbyt głośno. Mieszkała w domu spokojnej starości, a że był grudzień, odwiedzili go kolędnicy. Ann powiedziała tylko: „Mów trochę głośniej, kochanie", więc prawie krzycząc, odparłam: „Z tego, co mi wiadomo, jestem twoją córką!”. Gdy to mówiłam, chór akurat wyśpiewywał: „Gloria!”. Czułam się, jakby niebiosa radowały się razem ze mną, a moja mama płakała ze szczęścia.
 
 
To był 7 grudnia 2005 r. Natychmiast poleciałam się z nią zobaczyć, nawet nie znając szczegółów jej historii. Denerwowałam się trochę, bo mam bardzo jasne niebieskie oczy, z którymi każdy mnie kojarzy, a z informacji, do których dotarłam, wynikało, że matka ma brązowe. Będę wyglądać jak gwałciciel? Czy mama by mnie odrzuciła, gdybym tak wyglądała? Czy nie zadałabym jej kolejnego cierpienia? Z wielką gulą w gardle podeszłam do recepcji. Zanim w ogóle cokolwiek powiedziałam, usłyszałam swoje imię. Gdy się odwróciłam, matka patrzyła na mnie oczami, które dotychczas widywałam tylko w lustrze. Spotkanie po latach było cudowne. Klęczałam za jej wózkiem, obejmując ją. Wszyscy w domu opieki wiedzieli o tym, że moja mama miała dziecko, które oddała do adopcji. Ann opowiadała o mnie od dnia, w którym dziewięć miesięcy wcześniej tam trafiła. Nigdy nie zapomniała o córce i opowiadała o mnie każdemu, kogo napotkała w życiu. Teraz nasze modlitwy zostały wysłuchane. Miałam jednak jeszcze jedno ważne pytanie:
 
 
W jakich okolicznościach się poczęłam? Chciałam poznać prawdę. Ann nie miała oporów, by przyznać, że została zgwałcona. Położyłam twarz na jej kolanach i rozpłakałam się, ale Ann poklepała mnie po plecach. „Nie płacz, kochanie. Wybaczyłam tym mężczyznom i popatrz tylko, co uczynił Bóg. Dał mi ciebie z powrotem. Bóg jest wierny!” Ależ to były słowa! We dwie dziękowałyśmy więc Bogu, za to, co dla nas zrobił. Przez całą resztę dnia opowiadałyśmy każdemu o Jego dobroci, a nawet udzieliłyśmy wywiadu dla wiadomości. Wszyscy byli poruszeni i zadziwieni. Zainspirowało mnie to wszystko do napisania tytułowej piosenki z mojej nowej płyty „Bóg jest wierny” (God is Faithful), którą podarowałam mamie w dniu moich urodzin, w dzień świętego Walentego 2006 r.
 
 
eMBe/Nastolatkaprolife.blogspot.com