Któryś z polityków przywołał taką: rzecz się ma przed wyborami, pytają wtedy jeszcze szefa ludowców, kto je wygra, a ten z pokerową miną odpowiada: "Jak to kto? Nasz koalicjant!".
Legendą obrosły również słynne przerwy ogłaszane przez marszałek Kopacz podczas głosowań. Na początku swojego marszałkowania była minister zdrowia ich nie robiła, a kiedy chciała zapalić, a wiadomo, że nie jest wolna od tego nałogu, zastępował ją Cezary Grabarczyk. Jak głosi anegdota, pewnego razu, kiedy wyszła "na dymka", Platforma przegrała głosowanie nad ustawą wartą parę milionów złotych. I wprawdzie, jak opowiada poseł Girzyński, odkręciła sprawę w Senacie, ale od tamtej pory Ewa Kopacz podczas głosowań nie daje się zastępować, a co dwie, trzy godziny urządza przerwy.
Wiele sejmowych historyjek opowiada się w parlamencie o Bogdanie Klichu. W czasach, kiedy był szefem resortu obrony narodowej, minister miał ponoć w swoim notesie zapisane telefony do wybranych redaktorów. Dzwonił do nich wczesnym rankiem, zapraszając do gabinetu po ekskluzywnego newsa. Gorąca informacja zazwyczaj okazywała się średnio ekskluzywna, bo w ministerstwie czekało na niego jeszcze kilku "wybrańców", z których każdy odebrał podobny telefon.
O imprezach urządzanych w hotelu poselskiego, zwłaszcza, kiedy w Sejmie zasiadali politycy Samoobrony, można napisać książkę. Jak głoszą plotki, bawić lubili się też ludowcy, w każdym razie, w sejmowym hotelu bywały zespoły ludowe, które miały umilać czas naszym parlamentarzystom.
Krótko mówiąc, w wolnej Polsce w Sejmie chętnie się plotkuje, sporo rozmawia, także z dziennikarzami – czytamy w "Polsce The Times".
Zapewne złośliwcy powiedzą: "No, tak kolejny frondelkowaty news". Tyle, że niebawem Sylwester, a - jak wiadomo - okres karnawału sprzyja takim humorkom. Tym bardziej, że nadal pozostajemy w oktawie Bożego Narodzenia, a święta uczyniły nas lepszymi - przestaliśmy się śmiać tylko z Donalda Tuska, rządu i Platformy Obywatelskiej. Koniec z dokuczaniem premierowi! Do czasu...
AM/Polska The Times/PAP
