Płynność życiorysu zaczyna się już od pochodzenia Baumana. On sam przekonuje nas, że pochodził z bardzo biednej rodziny. Ale historycy pokazują, że to nieprawda. Jego ojciec był kupcem, właścicielem kamienicy, którą po wojnie socjolog (wtedy jeszcze kabewudzista) sprzedał, a pieniądze przekazał partii. I choć można by się czepiać, że Bauman kłamie, żeby usprawiedliwiać własne wybory, to można też przyjąć, że jego życiorys jest płynny, jak nowoczesność.
Nie inaczej jest z opowieściami o tym, że Bauman dowiedział się, że komunizm mordował, dopiero po referacie Chruszczowa. Wcześniej, jak rozumiem, gdy biegał z naganem po salach wykładowych albo z oddziałem rozbijał oddziały żołnierzy wyklętych czy za pomocą propagandy usprawiedliwiał ich zabijanie, to myślał, że żołnierze nie giną, a nagan służy do pisania? I był przekonany, że KBW zajmuje się przeprowadzaniem staruszków przez pasy, a nie mordami w imię ideologii? Wolne żarty, przynajmniej dla kogoś, kto przyjmuje tradycyjną dwuwartościową logikę.
Wszystko to byłoby nawet dość śmieszne, gdyby nie pewien problem. Otóż sposób myślenia Baumana, jego system filozoficzny sprawia, że w istocie nie jest on w stanie rzeczywiście wyzwolić się z marksizmu, który wciąż w nim siedzi. Gdy czytam, że „nie mógł on inaczej przeżyć swojego życia”, że nigdy nie wybierał, a jedynie był wiernym synem partii, a był nim, bo tak ukształtował go los, to – nie pomniejszając wagi wydarzeń życiowych – trudno mi nie zauważyć, że jest to jakaś forma determinizmu historycznego, który ma usprawiedliwiać rzeczy niegodne. I sprawić, że nie trzeba się rozliczać ze służby w formacjach zbrodniczych.
Tomasz P. Terlikowski
