Jakiś czas temu edukatorzy seksualni z Pontonu uruchomili specjalny młodzieżowy telefon zaufania, na który można zadzwonić w każdy piątek pomiędzy godz. 16:00 a 20:00. W ubiegłym tygodniu Natalia Broniarczyk, jedna z edukatorek Pontonu udzieliła obszernego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, w którym podsumowała dotychczasowe efekty kampanii.
Nie trudno przewidzieć do jakich wniosków doszli edukatorzy z Pontonu. Z rozmów z szukającymi u nich porady nastolatkami wynika oczywiście ni mniej, nie więcej, tylko tyle, że stan edukacji seksualnej w szkołach jest koszmarny i gdyby nie oni, dzielni Pontonowcy, gimnazjaliści nie wiedzieliby jak się zabezpieczać przed ciążą. Winę za to wszystko częściowo ponosi także Kościół. „Największy problem to osoby, które prowadzą zajęcia. Prowadzą je na przykład nauczyciele matematyki, historii, WOS-u albo katechetki, księża na szczęście coraz rzadziej. Przekazują nastolatkom swoje teorie i poglądy, mówią, że seks jest zły, masturbacja zła, nie uczą. Ta kwestia ciągle nie jest prawnie uregulowana” - ubolewa Natalia Broniarczyk. Edukatorka z Pontonu dodaje również, że na zajęciach z edukacji seksualnej można się dowiedzieć, że masturbujący się w młodości chłopak będzie później bezpłodny a dziewczynie to już w ogóle nie przystoi. „A potem się zgłasza do nas nastolatek, mówi, że masturbuje się trzy razy w tygodniu i pyta, czy jest uzależniony i jak się powinien leczyć” - podkreśla dla wzmocnienia efektu pani Broniarczyk.
Pamiętam jak moja mama, nauczycielka w szkole podstawowej i gimnazjum, swego czasu prowadziła zajęcia z wychowania do życia w rodzinie (taki ówczesny odpowiednik edukacji seksualnej). Czasem z ciekawości przeglądałam jej materiały na zajęcia, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, aby znajdowały się tam wzmianki o „nadgryzionym jabłku” czy masturbacji jako przyczynienie niepłodności...
Ale ustaliliśmy, że edukacja seksualna jest w szkole straszna, bo prowadzą ją księża i katechetki, rodzice są zacofani, bo uważają, że kilkanaście lat to za wcześnie na rozpoczynanie współżycia, gdzie zatem pójdzie młody człowiek łaknący wiedzy na temat seksu? Zacznie szperać w internecie i właśnie tam znajdzie szereg porad jak zapobiec ciąży. Pani Broniarczyk wymienia kilka: gorąca kąpiel z dodatkiem octu, połknięcie aspiryny czy płukanka z coca-coli. Co do tej ostatniej, to faktycznie na jednej ze stron o antykoncepcji można znaleźć wyniki kuriozalnego eksperymentu, który dowiódł, że plemniki zalane colą w ciągu jednej minuty tracą swoją ruchliwość...
Odrzucamy zatem internet jako źródło wiedzy objawionej na temat seksu i zapobiegania ciąży i co nam zostaje? Niezastąpiony Ponton i jego edukatorzy, którzy niosą kaganek seks-oświaty młodym, gniewnym, pryszczatym, którzy chcieliby poczuć się jak dorośli.
O co najczęściej pytają? Jak mówi Natalia Broniarczyk, w dużej mierze są pod wpływem zalewającej ich wszędzie pornografii – i tu nie pozostaje nic innego, jak przyznać pani z Pontonu rację – myślą, że każdy stosunek kończy się jak na filmie kosmicznym orgazmem panie z rozkoszą domagają się seksu analnego, a panowie mogą robić „to” bez żadnej przerwy przez 1,5 godz. Pornoizacja kultury faktycznie stanowi realny problem – pornografia nigdy wcześniej nie była tak łatwo dostępna, także dla dzieciaków, jak ma to miejsce dziś. Wcale nie trzeba z wypiekami wstydu na policzkach kupować w kiosku „świerszczyka” albo oglądać u kumpli zdobyczne pornofilmy. Wystarczy tylko wpisać w wyszukiwarkę trzy litery... A rozerotyzowana kultura w linii prostej przekłada się na rozerotyzowaną młodzież. Nie dziwią więc zadawane przez 15-latków pytania o seks oralny, analny, petting. Problem w tym, że Ponton wcale pomaga w rozwiązaniu, a przynajmniej zmniejszeniu skali tego problemu, ale przykłada do rozerotyzowania młodzieży rękę...
Jak? Na przykład pokazując gimnazjalistom, jak zakładać prezerwatywę na ogórka, tłumacząc im, że można uprawiać bezpieczny seks mając kilku partnerów (wystarczą gumki!) a także uspokajając, że nawet jeśli już zdarzyła się „sytuacja ryzykowna” to zawsze jest rozwiązanie: „My oczywiście nie polecamy żadnych środków, tylko odsyłamy do lekarza, po tabletkę po. Oczywiście dziewczyny boją się ginekologa, boją się odmowy, kazania, moralizowania... Więc szukają jakiegoś środka, który mogłyby wykorzystać i o którym nikt z dorosłych się nie dowie”. W całym tym obszernym wywiadzie nie znalazłam ani jednej wzmianki na temat tego, że rozpoczynanie współżycia w wieku 12-lat to co najmniej chory pomysł, i że wiąże się z większymi problemami niż korzyściami. „Odpowiadamy, że jest jeszcze młoda, powinna to przemyśleć, ale decyzję pozostawiamy jej. Doskonale wiemy, że zakaz nie zadziała, jak dziewczyna będzie chciała uprawiać seks, to i tak to zrobi” - mówi Broniarczyk.
Nie chcę zastanawiać się nad tym, co bym zrobiła na miejscu edukatorów z Pontonu, myślę jednak, że gdyby przyszła do mnie 12-letnia córka z pytaniem o najlepsze zabezpieczenie, bo właśnie zamierza rozpocząć współżycie, to chyba dałabym jej szklankę zimnej wody do wypicia. Nie twierdzę, że edukacja seksualna jest w szkołach niepotrzebna. Uważam, że niepotrzebna jest taka edukacja seksualna w obecnym wymiarze. Edukacja, którą wybitny pedagog, prof. Aleksander Nalaskowski nazywa „zbiorowym molestowaniem seksualnym młodzieży”. Jego zdaniem zajęcia polegające ni mniej, ni więcej, tylko na zakładaniu prezerwatyw na sztuczne członki są z punktu widzenia pedagogiki sprzeczne z wszelkimi zasadami edukacji. Nalaskowski zastanawia się także, kiedy po zajęciach ze sztucznymi penisami przyjdzie czas na „relaksującą klasową masturbację”.
Patrząc na coraz śmielsze poczynania edukatorów pokroju Pontonu można mieć uzasadnione obawy, że od takiego ekstremum dzieli nas już niewiele. Bo skoro 15-letni chłopiec potrafi napisać coś, co dla przykładu wklejam poniżej, to chyba naprawdę jest już bardzo źle. „Mam 15 lat. Dziś z koleżanką zabawiliśmy się, lecz wszystko obyło się bez penetracji. Robiłem jej palcówkę i na palcach nie miałem spermy, ew. śladowe ilości preejakulatu (o ile w ogóle się tam znajdował). Potem, gdy miała już majtki, doszedłem (na brzuch, okolice), a sperma nie dostała się w rejony pochwy (ew. na udo). Poszliśmy się wytrzeć i tak dalej. Zostało trochę na pościeli, akurat na to miejsce owa koleżanka usiadła (mając oczywiście majtki). Stąd kilka moich pytań: 1. Czy przez owy preejakulat na palcach (o ile tam występował), może dojść do zapłodnienia? 2. Czy może dojść do zapłodnienia przez siedzenie na spermie, w majtkach?” - czytamy na forum Pontonu. I to od razu na stronie głównej, wcale nie musiałam głęboko szukać. Fakt, ktoś powie, że wątki z podobnymi pytaniami mogą tworzyć sami edukatorzy z Pontonu, by udowodnić konieczność edukacji seksualnej, ale nie dalej niż wczoraj na własne uszy słyszałam, jadąc autobusem rozmowę trzech koleżanek, na oko, gimnazjalistek (z kilometra walących papierosami), która ścięła mnie z nóg. A: "Eeee, X jest paskudna, żaden jej nie zechce". B: "No chyba, że komuś obciągnie".
Marta Brzezińska
