Niemal natychmiast po wkroczeniu sowieckiej armii zaczęło się u podnóża Beskidów tworzyć antykomunistyczne podziemie. Chłopcy z lasu, żołnierze walczący do tej pory z hitlerowskim okupantem, nie pogodzili się z narzuconym siłą nowym porządkiem. Tuż po wkroczeniu sowietów walkę z nimi podjęły zgrupowania Armii Krajowej, jednak nie odniosły żadnych spektakularnych sukcesów. Część żołnierzy wyjechała, część przyłączyła się do regularnego wojska i wraz z z Armią Czerwoną szturmowała Berlin. Nieliczni, którzy zostali, nie mieli szans przeciwstawić się doskonale wyszkolonym i zorganizowanym eNKaWuDzistom i UB-ekom. Ich miejsce bardzo szybko zajęły Narodowe Siły Zbrojne, których członkowie nie dali zwieźć się propagandzie „wyzwolicieli” spod znaku sierpa i młota i od samego początku stawili opór nowemu najeźdźcy. Nie oznacza to w najmniejszym stopniu, że Armia Krajowa poszła na współpracę z sowietami. Jej żołnierze po prostu podporządkowali się rozkazom płynącym z Londynu i wiernie wypełniali przysięgę złożoną Ojczyźnie i rządowi na emigracji. Większość zresztą sił, którymi w roku 45 i latach późniejszych dysponowały w tym regionie NSZ wywodziło się z szeregów rozwiązanej AK.

 

Jednym z tych niezłomnych wojowników wolność Ojczyzny ceniących wyżej niż własne życie był Henryk Flame, ps. „Grot”, później „Bartek”. Urodził się we Frysztacie, 18 stycznia 1918  roku. Już w rok później, po tym jak Czesi zajęli Zaolzie wykorzystując polskie zmagania z bolszewikami na wschodzie, jego rodzina przeniosła się do Czechowic – Dziedzic gdzie się wychował, ukończył szkołę powszechną i gimnazjum. Kontynuował naukę w Bielsku, w Szkole Przemysłowej. W roku 1936 wstąpił do bydgoskiej Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich, którą ukończył trzy lata później, w przeddzień wybuchu wojny, ze stopniem kaprala – pilota. W tym właśnie momencie w życiu Henryka Flame rozpoczął się okres, dzięki któremu zapisał się złotymi zgłoskami w annałach Rzeczypospolitej i wstąpił do narodowego panteonu bohaterów.

 

W kampanii wrześniowej brał udział jako pilot w słynnej Brygadzie Pościgowej, bronił warszawskiego nieba na samolocie PZL P-7a. Była to maszyna przestarzała, w żadnym stopniu nie dorównująca niemieckim messerschmittom czy junkersom i tylko dzięki graniczącej z brawurą odwadze i poświęceniu pilotów polskie lotnictwo mogło stawić czoła niemieckiej Luftwaffe. Henryk Flame już pierwszego dnia został zestrzelony. Uratował się skacząc ze spadochronem. 7 września jego eskadra została wycofana z Warszawy w okolice Lublina. Ponownie miał okazję posmakować prochu po sowieckim ataku na nasz kraj, latał prawdopodobnie (nie ma ścisłych danych na ten temat) w Eskadrze Rozpoznawczej na RWD 8. Ponownie zestrzelony, tym razem przez Rosjan, widząc brak nadziei na ocalenie Ojczyzny przed dwoma wrogami przekracza węgierską granicę. Został, jak większość polskich uchodźców, internowany, szybko jednak uciekł z obozu i ukrywał się przez jakiś czas u węgierskiego rolnika. Za sprawą donosu trafił w ręce Niemców, którzy umieścili go w Stalagu na terenie Austrii. Dzięki interwencji rodziny został latem 1940 roku zwolniony i wrócił do Czechowic – Dziedzic. Zatrudnił się, za sprawą ojca, na kolei i równocześnie zaczął czynnie działać w podziemiu niepodległościowym. Założył podporządkowaną Armii Krajowej organizację HAK, której zadaniem było zbieranie danych wywiadowczych i sabotaż. Na początku roku 1944 Niemcy wpadli na jego trop, na szczęście w porę ostrzeżony zdołał uciec do lasu gdzie wraz ze swoimi współpracownikami z HAK-a stworzył samodzielny oddział partyzancki. Przybrał pseudonim „Grot”, a później „Bartek”, które już wkrótce stały się bardzo dobrze znany okupantowi. Na przełomie lat 1944 – 45 dowodzony przez niego oddział został włączony do struktur Narodowych Sił Zbrojnych.

 

Po wkroczeniu na Podbeskidzie Armii Czerwonej Henryk Flame wyszedł z ukrycia i został komendantem komisariatu Milicji Obywatelskiej w Czechowicach – Dziedzicach. Wszyscy jego podkomendni byli zaufanymi ludźmi z NSZ a samo ujawnienie i przyjęcie nowej roli miało na celu infiltrację komunistycznych struktur władzy i zdobycie broni potrzebnej do dalszej walki. W kwietniu 1945 roku, kiedy poczuł na plecach oddech ścigających żołnierzy podziemia NKWDzistów i Ubeków Flame uciekł wraz z całą obsadą komisariatu do lasu i podjął walkę z nowym okupantem. Zaznaczyć trzeba, że przez cały czas był posłuszny rozkazom dowództwa Narodowych Sił Zbrojnych i działając zgodnie z jego wytycznymi kąsał komunistów wszędzie, gdzie tylko było to możliwe. Łącznie partyzanci przeprowadzili ponad 350 akcji zbrojnych: likwidowano konfidentów, Ubeków, rozbijano komisariaty milicji. Szczególnie gorliwym działaczom komunistycznym wymierzano karę chłosty i golono głowy. Nie zapominano też o akcjach propagandowych, których celem było pozyskanie sympatii lokalnej ludności i pokazanie jej, że „jeszcze Polska nie umarła”. Do najbardziej spektakularnych wyczynów tego rodzaju (i to w skali całego kraju!) należało zajęcie w 1946 roku przez oddział „Bartka” Perły Beskidów, Wisły, i urządzenie tam defilady dla uczczenia rocznicy uchwalenia Konstytucji 3-go maja. Jeden z jego podkomendnych tak opowiada o tym „numerze”: „Ja z częścią swojego oddziału nie brałem udziału w defiladzie, gdyż ubezpieczałem ją od strony szosy, którą mogły nadciągnąć w każdej chwili większe siły nieprzyjaciela. W Wiśle stacjonował w tym czasie oddział wojska polskiego i sowieckiego, niedaleko znajdowały się posterunki WOP. Wszyscy oni siedzieli cicho, jak przysłowiowa mysz pod miotłą, nie dając znaku życia. Jak się później dowiedzieliśmy, funkcjonariusze MO i UB w Żywcu zaczęli się barykadować, a z Milówki po prostu uciekli”. Przyznać trzeba, że fantazję miał Henryk Flame iście ułańską, przemarsz kilkuset w pełni umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy antykomunistycznego podziemia pod nosem nowej władzy musiał rozwścieczyć komunistów i jednocześnie wlał w serca oglądających to Polaków nadzieję na odzyskanie prawdziwej wolności i niepodległości.


Do połowy 1946 roku oddział Henryka Flame niepodzielnie rządził w podbeskidzkich lasach i wsiach, a nawet – co pokazał przykład wiślańskiej defilady – w mniejszych miastach. Dzięki swoim spektakularnym akcjom zyskał sobie nawet przydomek „Króla Podbeskidzia”. Niestety, partyzanci musieli przegrać z doskonale zorganizowanymi, zdeterminowanymi i nie mającymi żadnych skrupułów komunistami. Już od 1945 roku do VII Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych, któremu podlegał oddział „Bartka”, zaczęli przenikać UBeccy  szpiedzy. Doszło do sytuacji kuriozalnej – szefem tego okręgu został agent Urzędu Bezpieczeństwa mjr. Kazimierz Zaborski ps. „Górny-Łamigłowa”. Wkrótce całe dowództwo okręgu było w rękach komunistycznej bezpieki. 6 stycznia 1946 roku aresztowano Józefa Wojciechowskiego, ps. „Om”, który był łącznikiem oddziału „Bartka” z dowództwem i tym samym Henryk Flame utracił łączność z centralą NSZ. W tym czasie zaplanowano akcję likwidacji oddziału „Bartka”. Do tego zadania wyznaczono byłego żołnierza Armii Krajowej, który przeszedł na stronę UB Henryka Wendrowskiego ps. „Lawina”. Przeniknął on do oddziału Flamego, zdobył jego zaufanie i przekonał o konieczności ewakuacji na Ziemie Zachodnie. Akcję rozpoczęto we wrześniu 1946 roku. Co najmniej 167 żołnierzy z oddziału wyruszyło na Opolszczyznę nie zdając sobie sprawy, że są wciągani w pułapkę. Zostali zamordowani przez funkcjonariuszy NKWD i UB w okolicach wsi Łambinowice. Świadkowie twierdzą, że partyzantów umieszczano pod pozorem zakwaterowania w przygotowanych wcześniej budynkach a następnie wysadzano w powietrze. Tych, którym udało się przeżyć dobijano strzałem w tył głowy.

 

Na początku 1947 roku ustawą sejmową ogłoszono amnestię dla żołnierzy podziemia niepodległościowego. Henryk Flame, nie widząc nadziei na zwycięstwo i wiedząc już, że zachodni alianci nie rozpoczną wojny ze Związkiem Sowieckim, wyszedł z ukrycia. Wrócił do rodzinnych Czechowic. Władza ludowa nie zapomniała jednak o swoim niedawnym wrogu, który wielokrotnie upokarzał jej funkcjonariuszy na oczach tłumów. Istnieje domniemanie, że wyrok na niego wydał sam Bolesław Bierut, który nie mógł mu darować defilady, którą urządził 3 maja 1946 roku w Wiśle. „Bartek” został zamordowany strzałem w plecy przez Rudolfa Dadaka, funkcjonariusza MO który nawet nie miał odwagi by spojrzeć swojej ofierze w twarz. Morderca nigdy nie stanął przed sądem, po krótkim śledztwie uznano, że był chory psychicznie. Kto był zleceniodawcą zabójstwa i czy rozkaz wyszedł z gabinetu samego prezydenta PRL nigdy się już zapewne nie dowiemy.

 

Wraz ze śmiercią Henryka Flamego zakończył się dla Podbeskidzia, ale i całego Śląska czas, w którym żywa była jeszcze nadzieja na powrót wolnej i niepodległej Ojczyzny, tej o którą walczyli i za którą ginęli śląscy Powstańcy, żołnierze podziemia i zwykli mieszkańcy mordowani najpierw przez hitlerowców a potem przez komunistów. Nagle zewsząd zaczęli na tę umęczoną ziemię tłumnie zjeżdżać „utrwalacze władzy ludowej”. Rozpanoszyli się niczym udzielni książęta i nawet przełom roku 1989 nie zdołał ich oderwać od koryta, do którego przyczepili się zębami i pazurami po zamordowaniu ostatniego człowieka mogącego im w tym przeszkodzić.

 

Alexander Degrejt