Z materiałów zebranych przez Klicha wynika, że Tupolew nie miał żadnych szans na bezpieczne lądowanie w Smoleńsku. Mgła była tak gęsta, że piloci nie mogli zobaczyć ziemi. – Robiliśmy próby na symulatorze w Rosji. Siedziałem w jego kabinie. Ziemię zobaczyłem tylko raz, kiedy samolot był na wysokości 20 metrów. Zaraz potem nastąpiła „katastrofa” – przekonuje Klich w „Rz”.
Klich, sam pułkownik, obwinia ludzi odpowiedzialnych za wojskowe lotnictwo. Mówi, że wojsko nie przestrzega procedur i dlatego dochodzi do wypadków. – Obowiązuje zasada: jak się uda, to się uda. Wylądowałeś, to jesteś bohaterem. Jak to zrobiłeś? W jakich warunkach? Według jakich procedur? To nieważne - mówi i podkreśla również, że Rosjanie nie są bez winy.
Klich sugeruje w swoich 46-stronicowych uwagach do raportu MAK, że między kontrolerami doszło do sporu, czy należy przyjmować samolot w takich warunkach: – Paweł Plusnin był najrozsądniejszą osobą na wieży. Gdyby tylko on decydował, to posłałby Tupolewa na inne lotnisko – twierdzi Klich.
W rozmowie z „Rzeczpospolitą” pułkownik opowiada, że zaraz po katastrofie naciskano na niego, by starał się jak najwięcej winy zepchnąć na Rosjan. Kto naciskał? – Osoba odpowiedzialna za stan lotnictwa wojskowego – stwierdza.
Ł.A/Rzeczpospolita
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

