Piloci rządowego JAK-40, którzy przybyli do Smoleńska na kilka godzin przez tupolewem z prezydentem na pokładzie, musieli podejść do lądowania – jak to określają - "na oko". Gdy zorientowali się, że jedna z radiolatarni jest źle ustawiona i dodatkowo zepsuta, przestali zwracać uwagę na wskazania rosyjskich urządzeń. Zdecydowali się na lądowanie tylko dlatego, że zobaczyli światła pasa do lądowania.
Z zeznań pilotów samolotu wynika, że "lądowali na oko". – Udało nam się to tylko dlatego, że dostrzegliśmy światła lotniska, których po prostu szukaliśmy wzrokiem – mówili prokuratorom. Udało im się, ponieważ mgła nad Smoleńskiem nie była jeszcze bardzo gęsta.
Jak mówili śledczym piloci, rosyjscy kontrolerzy byli zdziwieni, że udało się wylądować polskiej maszynie. – Wyszli do nas po wylądowaniu i dziwili się, że jednak daliśmy radę jakoś bezpiecznie w tych warunkach posadzić samolot – mówili piloci JAK-a.
– To kosmos! Przy takiej pogodzie poniżej minimów z niesprawnymi urządzeniami nawigacyjnymi podejmuje się po prostu decyzję o zamknięciu lotniska – komentuje sprawę poseł Jerzy Polaczek, członek sejmowej podkomisji ds. lotnictwa, wyjaśniającej przyczyny smoleńskiej katastrofy. – Złamano tu wszelkie możliwe procedury. Dodatkowo Rosjanie nie chcą nam w tej sprawie przekazać dokumentów o stanie urządzeń – dodaje.
Z dotychczasowych doniesień mediów dotyczących zeznań pilotów JAK-a wynika, że ostrzegali oni załogę prezydenckiego tupolewa o bardzo złych warunkach pogodowych panujących w Smoleńsku. Jednak nie było wzmianki o ostrzeżeniach dotyczących złego ustawienia radiolatarni.
żar/Fakt.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

