Kontaktowe trafienie Kucharczyka, wspaniała „bomba” Macieja Rybusa i gol… Janusza Gola. Było to pierwsze trafienie tego defensywnego pomocnika dla Legii. W doliczonym czasie gry, znalazł lukę w defensywie Spartaka i pięknym strzałem głową zapewnił stołecznej drużynie fazę grupową Ligi Europy. Dobił Moskali, na ich terenie. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział kibicom, że Janusz Gol tego dokona, popukaliby się w czoło. Jeszcze w 2008 roku trenował ze Spartą Świdnica przygotowującą się do rozgrywek… IV ligi. Miał nadal kopać piłkę na kartoflisku, mierząc się co najwyżej z Bielawianką Bielaka. W końcu dostrzeżono w nim materiał na dobrego zawodnika. Przeniósł się do Bełchatowa i w miejscowym GKS-ie zadebiutował na boiskach ekstraklasy. Oczywiście, wystarczyła jedna kolejka, by chór naszych ekspertów nazwał go „młodym talentem”. Znamy wiele przypadków, w których zawodnik jest po trzydziestce a nadal wszyscy znawcy piłkarskiego świata tak go nazywają. Na boiskach najwyższej klasy rozgrywek, dał się poznać jako solidny defensywny pomocnik, któremu zdarzały się lepsze i gorsze spotkania. Po chwili euforii, ze strony środowiska eksperckiego więcej go glanowano niż głaskano. W tamtym okresie na demotywatory nawet wrzucono zdjęcie zawodnika z podpisem „gdy komentator krzyczy, sytuacja sam na sam, GOL i… obok bramki”.
Sam Bełchatów w końcu przestał cenić jego talent i Januszowi Golowi groziła degradacja do…młodej ekstraklasy. Wtedy rękę wyciągnęła do niego Legia. Klub, w którym zawodnicy tuzinami spalali się psychicznie a piłkarskie legendy takie jak Marek Citko lądowały w rezerwach. Legia to piłkarska elita i do tego grona dostał się, oceniany jako średni, dawny zawodnik czwartoligowej Sparty Świdnica. I to bez większego doświadczenia z boisk ekstraklasy. Wybitny napastnik Legii Warszawa, Wojciech Kowalczyk powiedział o nim, że z piłką nożną to ma tylko związane nazwisko. Zawodnikowi nie szczędzono krytyki a w samej stołecznej drużynie pełnił rolę „zapchajdziury”. Ciężką pracą na treningach (jak i problemami z kadrą Legii) wywalczył sobie w końcu miejsce w pierwszej jedenastce.
Po losowaniu par w eliminacjach Ligi Europy, większość ekspertów była zgodna: najtrudniejsza przeprawa czekała Legię. Spartak Moskwa, piłkarski krezus, grając regularnie w europejskich pucharach, bijący się o mistrzostwo Rosji w silnej i bogatej lidze. Okazało się po raz kolejny, że pieniądze nie grają. Liczy się wola walki i determinacja. Legia pokonała Spartaka Moskwa, na ich terenie, co bezsprzecznie zapisze się w historii (nie tylko klubu ale i całej polskiej piłki). Janusz Gol, gdy zasiądzie przy kominku niańczyć wnuki, nie będzie opowiadał o kartofliskach IV ligi, ale o Łużnikach, gdzie pięknym strzałem dobił Moskali. Opowie o tej niesamowitej historii i o tym jak zapisał się na jej kartach. Chłopak, który bywał na piłkarskim dnie, a teraz znalazł się na szczycie. Pucharowa epopeja Legii nie dotyczy tylko futbolu. "Moskwa zdobyta" – to hasło wykrzykiwane przez kibiców nie oznacza tylko sportowej euforii. Nie tylko napełnia nas duma z powodu tego, jak i z kim wygrali. Ważniejsze jest – gdzie wygrali. A wielki wkład w to zwycięstwo miał zwykły chłopak, który dokonał niezwykłych rzeczy. Może być wzorem dla młodych, tych którzy teraz kopią piłki na zapomnianych przez wszystkich podwórkach i wsiach, w anonimowych drużynach – oni też mogą się zapisać w historii. Tak jak Janusz Gol, który dobił Moskali. Obecnie, piłkarz Legii i reprezentant kraju. Bohater.
MZB/90minut.pl/wiadomosci.swidnickie.pl/futbolnews.pl/


