Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z Planned Parenthood. To było w Houston, gdzie wraz z dwoma księżmi chrystusowcami pojechaliśmy pod siedzibę tej organizacji, by tam – w trakcie akcji 40 dni postu i modlitwy – pomodlić się za kobiety i dzieci, które tam trafiaja. Budynek w Houston wyglądał – i to było wrażenie wręcz dojmujące – bardziej, jak biurowiec potężnej korporacji, niż jak klinika aborcyjna. Ale ogromny napis „Planned Parenthood”, który aż uderzał po oczach uświadamiał mi, w jakim miejscu stoję. A ten obraz dopełniało specyficzne duchowe zimno, które aż biło od tego miejsca. Pierwsze, korporacyjno-biznesowe wrażenie nie było jednak – wbrew pozorom – błędne. Planned Parenthood, czyli największy światowy propagator (a także wykonawca) aborcji jest bowiem gigantyczną organizacją biznesową, która przynosi ogromne zyski, i której działania podporządkowane są strategiom i planom marketingowym. Cięcie kosztów, zwiększenie produktywności, wprowadzenie do „menu” usług dużo droższych późnych aborcji – to wszystko ma nie tyle (albo łagodniej nie tylko) służyć kobietom i obronie ich „reprodukcyjnych praw”, ale także przynosić realne zyski gigantycznej korporacji, jaką jest Planned Parenthood.
I to właśnie te zyski, czego wcale nie ukrywali podczas swoich spotkań pracownicy tej organizacji, są kluczowe dla oceny poszczególnych pracowników czy sposobu ich działania. Jedno z takich spotkań opisywała Abby Johnson w swoim wstrząsającym świadectwie „niePlanowane”. „Tamto spotkanie oddziałów to była istna masakra. Powiedziano nam, że nie możemy udzielać już zniżki na środki antykoncepcyjne kobietom z grupy o niskich dochodach. Zapytałam dlaczego, chociaż obawiałam się, że i tak znam odpowiedź... Arkusze kalkulacyjne. Wielkie czerwone cyfry. - Słucham – zapytałam. - Tylko dlatego, że mamy problemy finansowe, przestajemy nagle troszczyć się o najuboższe kobiety (…) Cała rozmowa szła w takim kierunku. Mnóstwo osób nie kryło swojej frustracji i oburzenia, że zarządowi bardziej zależy na wynikach finansowych niż na naszych klienktach. Jasne, rozumiem, że to nie w porządku – nie można wydawać pieniędzy, których się nie ma. Jednakże problemy finansowe nie zwalniały nas z troski o kobiety w najtrudniejszym położeniu. Tak przynajmniej, co poniektórzy z nas, rozumieli naszą misję. - Przecież jesteśmy organizacją non-profiot! - oświadczyłam błagalnym głosem. - Abby – zakomunikowano ostentacyjnie – non profit oznacza status podatkowy, ale nie status firmy. W jasny sposób zaznaczono, że mamy uporządkować priorytety – czyli podnieść dochody kliniki” - wspomina Johnson. Co to oznaczało w praktyce? Odpowiedź jest boleśnie prosta: zwiększenie liczby wykonywanych aborcji, które są głównym źródłem dochodów organizacji, a także przesuwanie granicy jej wykonywania, bowiem im późniejsze prenatalne zabójstwo, tym więcej trzeba za nie płacić. „Im późniejsza aborcja, tym większy zysk. Wiedziałam, że zabieg późnej aborcji to kwota rzędu trzech do czterech tysięcy dolarów” - podkreślała w swoich wspomnieniach Johnson, której – w tamtym czasie nie mieściło się w głowie, że organizacja, dla której pracuje mogłaby kierować się takimi rachubami.
Dochodowe późne aborcje
Ale niestety dokładnie tak jest. Instytucje propagujące aborcję są ogromnymi firmami, które często nastawione są przede wszystkim na zysk, który starają się generować na bardzo różnych drogach. Rynek usług aborcyjnych w Stanach Zjednoczonych ma wartośc ponad miliarda dolarów, a obsługuje go - według danych z 2005 roku podawanych przez Victorie Evans - 1787 dostarczycieli aborcji. Połowa z nich proponuje jedynie aborcję chemiczną, a pozostałe także chirurgiczną (nie brakuje ośrodków, które za odpowiednią opłatą, wykonają przerwania ciąży nawet w ósmym czy dziewiątym miesiącu ciąży. A powód jest niezmiernie prosty. Im późniejsza aborcja, tym większy na niej zarobek. Aborcja do trzeciego miesiąca to koszt od 300 do 500 dolarów. W drugim trymestrze cena wzrasta do od 1000 do 1500 dolarów. A najdroższa jest późna aborcja, za którą można zgarnąć nawet kilka tysięcy dolarów. Ten ostatni rodzaj aborcji jest tym bardziej opłacalny, że nadal decyduje się na jego wykonywanie stosunkowo niewielu lekarzy czy ośrodków, co także nie jest bez wpływu na cenę. Powodów do tej niechęci jest przynajmniej kilka. Po pierwsze późna aborcja jest operacją niezwykle niebezpieczną, także dla kobiety (na co dowodem są kolejne przemilczane kobiety, które zginęły na skutek aborcji). Po drugie lekarze zwolennicy późnych aborcji są stosunkowo często atakowani przez zwolenników pro life, a nawet jak George Tiller, padają niekiedy ofiarą zamachów. Te ewidentne problemy nie powinny jednak przesłaniać finansowych korzyści. Lekarz czy klinika, która zdecyduje się na świadczenie takich usług może liczyć na spore zyski.
Najlepszym tego przykładem jest Kermitt Gosnell, lekarz aborcjonista, który wyłącznie na późnych aborcjach dorobił się ogromnego majątku. Miał dwie posiadłości, jacht i przystań, a także świetny samochód, a wszystko dzięki wykonywaniu aborcji na wszystkich etapach ciąży (choć akurat w jego stanie legalna jest ona do 24 tygodnia ciąży). A powód był niezmiernie prosty. Otóż ten lekarz dokonywał każdej aborcji, w każdych okolicznościach, a gdy było trzeba dobijał urodzone już dzieci, osobiście biorąc nożyczki i przecinając im kręgosłupy, a potem wrzucając martwe dzieci do kubłów na odpadki, wcześniej odcinając im stópki, które chował później – w charakterze trofeów – do lodówki. Proceder ten, choć był nielegalny w stanie, w którym pracował Gosnell trwał siedemnaście lat, bowiem urzędniczy czy dziennikarze, do których – co jakiś czas docierały informacje o działaniach lekarze – ignorowali je, uznając za niepotrzebne podważanie zaufania do ginekologa i całego rynku aborcyjnego. A wszystko to mimo iż władze otrzymywały informacje o tym, że w klinice tej aborcje przeprowadzane są przez ludzi bez wykształcenia medycznego, że odurza się tam kobiety narkotykami, a niekiedy zmusza do aborcji i wreszcie, że sprzęt medyczny jest brudny, a w salach stoją słoje z fragmentami ciał dzieci, które wcześniej abortowano. Nie brakowało także informacji o tym, że Gosnell – sam Afeoamerykanin – miał w swojej klinice dwie poczekalnie, jedną dla czarnych a drugą dla białych kobiet, i że ta pierwsza była dużo gorzej wyposażona, a czarne kobiety były często traktowane jak bydło. Sytuacja zmieniła się dopiero w styczniu 2013 roku po tym, jak rodzina zmarłej na skutek działań Gosnella kobiety, zgłosiła sprawę do władz federalnych. Wtedy proceder został przerwany, a śledczy znaleźli w słojach szczątki dzieci, brudny i nieużywany sprzęt, a także dowody licznych zbrodni. Ale w mediach – poza stronami chrześcijańskimi i antyaborcyjnymi – zaległa cisza. Nikt o tym nie pisał i nie informował, żeby... nie zniszczyć dobrego imienia aborcjonistów. To milczenie przerwał dopiero wyrok sądu, który uznał Gosnella winnym trzech zabójstw z premedytacją, a także za nieumyślne spowodowanie śmierci.
Wyrok ten obejmował jednak tylko narodzone i dobite dzieci, ale nie te, które umarły w trakcie procedury późnej aborcji, która jest jedną z najokrutniejszych tortur, jakie człowiek może zadać drugiemu człowiekowi. Procedura tego typu trwa trzy, a nawet cztery dni. Pierwszego dnia wykonywane jest USG, które ma wykazać wiek dziecka w łonie matki i określić jego wagę i wielkość. To wszystko jest ważne, bo następnego dnia przygotowuje się odpowiednią dawkę digoksyny, którą przy pomocy igły wstrzykuje się do serca dziecka lub do macicy kobiety. Środek ten wywołać ma atak serca u dziecka. U osób dorosłych jest on niezwykle bolesny, a dziecko na tym etapie życia płodowego odczuwa już ból. Śmierć dziecka nie kończy jednak całego procesu, trzeba bowiem – i to też trwa – przy pomocy środków farmakologicznych i chirurgicznych przygotować organizm kobiety do porodu. Podaje się więc jej leki rozszerzające szyjkę macicy, a na koniec wywołujące skurcze. I po mniej więcej dwóch dniach rodzi się (bo to zwyczajny poród) martwe (zazwyczaj) dziecko. W jednym na sześć przypadków dziecko jednak nie jest martwe, i wtedy zaczynają się kolejne problemy. Część aborcjonistów zwyczajnie dobija takie dzieci, choćby – jak wspomniany już Gosnell – przecinając im kręgosłupy nożyczkami czy wrzucając je do wiader z wodą, ale część odkłada je na bok do łóżeczek i cierpliwie czeka, aż same one umrą. Trwa to, jak opowiadają pielęgniarki, nawet kilka godzin, w czasie których dzieci kwilą i walczą o życie. Nie ma co ukrywać, że nie jest to szczególnie miły widok, więc aborcjoniści dokonujący późnych aborcji słoną sobie liczą za takie zabiegi.
Imperium Planned Parenthood
Jednak Tiller czy Gosnell są tylko rzemieślnikami w porównaniu z gigantycznym biznesowym imperium, jaki od lat jest Planned Parenthood. Organizacja ta pierwszą swoją klinikę aborcyjną otworzyła już w 1970 roku w Syracuse w Nowym Jorku, pierwszego dnia, gdy w stanie tym zaczęło obowiązywać prawo dopuszczające zabijanie nienarodzonych. W ciągu pierwszych kilku lat w jej klinikach zabijano rocznie ok. 2 tysięcy dzieci. Szybszy rozwój zaczął się od wyroku Roe kontra Wade z 1973, gdy aborcja stała się legalna w całych Stanach Zjednoczonych. W tym szczególnym roku – wedle statystyk Planned Parenthood wykonało ok. 5 tysięcy aborcji (co stanowiło 0,6 procenta wszystkich zabójstw prenatalnych w USA). Jednak już w 1977 roku liczba aborcji w placówkach PP wrosła do 58.660, co stanowiło 4,5 procenta wszystkich tego typu zabiegów. Dziesięć lat później kliniki związane z organizacją wykonywały już 104.411 aborcji rocznie (6,7 procenta wszystkich aborcji). W 2001 roku organizacja wykonywała już ponad 200 tysięcy aborcji (ponad 16 procent wszystkich), a w roku 2009 wykonała ich 329.445, co stanowi ponad 27 procent wszystkich zabójstw prenatalnych w USA. Liczby te przekładają się zaś na konkretne zyski. Jeśli w 2005 roku – jak podaje tygodnik „The Weekly Standard” - w klinikach Planned Parenthood przeprowadzono 264.943 aborcje, to nawet jeśli były to najtańsze (ok. 400 dolarów), bo dokonujące się w pierwszym trymestrze ciąży aborcje chemiczne, to i tak organizacja zarobiła na tym 104 miliony dolarów. A jest wysoce prawdopodobne, że zysków jest o wiele więcej, bowiem niemałą część aborcji dokonywanych przez Planned Parenthood, stanowią te późniejsze, a zatem i droższe.

Ale, żeby ten biznes mógł się kręcić konieczne jest propagowanie pewnego stylu życia. I dlatego poza dostarczaniem „usług aborcyjnych” Planned Parenthood proponuje również rozmaite szkolenia dla uczniów (już od ósmego roku życia dzieci powinny być bowiem świadome swoich praw reprodukcyjnych), a wśród nastolatków propaguje „wolny i bezpieczny styl życia”, który obejmuje wielość rozmaitych kontaktów seksualnych. Jakie korzyści odnosi z tego Planned Parenthood? Odpowiedź jest bardzo prosta. Im wcześniej dziecko zaczyna aktywność seksualną i im większą liczbę partnerów ma w swoim życiu, tym częściej korzystać musi z usług klinik Planned Parenthood, czyli z leczenia rozmaitych chorób przenoszonych drogą płciową, a także z aborcji czy tzw. awaryjnej antykoncepcji. Każda zaś wizyta w klinice to nie tylko czysty zysk, ale również statystyka, która pozwala szantażować państwo amerykańskie i prywatnych darczyńców. „Agresywna i skierowana do coraz młodszych odbiorców reklama aktywnego seksualnie stylu życia, wolnego dostępu do środków planowania rodziny (…) to metoda pozyskiwania coraz więkczej liczby przypadków zachorowań na choroby weneryczne i nieplanowanych ciąż” - zauważa Keith Riller i wskazuje, że dzięki temu organizacja ma się świetnie i zarabia coraz więcej pieniędzy.
Ale myliłby się ten, kto przypuszcza, że jedyną formą marketingu stosowaną przez Planned Parenthood są szkolenia czy kursy dla uczniów. Co to, to nie. Aktywiści aborcyjni sięgają także po zupełnie zwyczajne metody reklamy. Na Boże Narodzenie zaproponowali w 2012 roku czekolady w kształcie pakietu kontroli urodzeń. W roku 2008 zaś pracownicy Planned Parenthood zaproponowali obdarowanie ukochanych osób „bonem podarunkowym”, dzięki któremu można uzyskać zniżkę na aborcję. Oferta pojawiła się na stronie oddziału Planned Parenthood w stanie Indiana. „Bon podarunkowy może być wykorzystany na usługi związane z kontrolą urodzin, zgodnie z wyborem obdarowanej” - napisali autorzy reklamy. I zadali pytanie: „Dlaczego nie kupisz w tym okresie świątecznym ukochanej osobie prezentu, którego naprawdę potrzebuje?”. A jeszcze wcześniej zwolennicy aborcji uczcili Boże Narodzenie kartką świąteczną z napisem „A na ziemi Wybór”. Poza hasłem na kartce znajdowało się krótkie przesłanie: „w tym okresie świątecznym podziel się z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi i ukochanymi dobrą nowiną "wyboru na ziemi”.
Kasa na zabicie czarnuchów
Aborcje nie są jednak jedynym źródłem dochodów Planned Parenthood. Ogromne pieniądze pozyskuje ona także od rządu Stanów Zjednoczonych, a także od prywatnych darczyńców. - 363 miliony dolarów rocznie, czyli jedna trzecia budżetu największej amerykańskiej organizacji pro-aborcyjnej pochodzi z podatków obywateli Stanów Zjednoczonych – wynika z raportu przygotowanego przez Americans United for Life. - Nasz rząd dotuje organizację wykonującą najwięcej aborcji na świecie kwotą miliona dolarów dziennie – podkreśla dr Charmaine Yoest z organizacji Americans United for Life. Z raportu wynika także, w ciągu minionych dwudziestu lat PP dokonywało licznych malwersacji finansowych, ukrywało informacje o molestowaniu seksualnym nieletnich, a także naruszało prawa rodziców. Nie brak też dowodów na wspomaganie przez tę organizację osób zajmujących się promowaniem prostytucji, a także handlu kobietami. PP zarzuca się również przedstawianie nieprawdziwych informacji na temat skutków aborcji. - Amerykańscy podatnicy są wciąż zmuszani do wspierania tej pro-aborcyjnej organizacji, która oskarżana jest o oszustwa i malwersacje finansowe – podkreśliła Yoest.
Jeszcze ostrzej o finansowaniu Planned Parenthood przez państwo wypowiadał się republikański kongresmen Tim Huelskamp, który jest ojcem czwórki adoptowanych kolorowych dzieci. - Planned Parenthood to rasistowska organizacja, która została stworzona, by zabijać dzieci kolorowych – mówił podczas konferencji obrońców życia. - Być może najważniejszą wojną jaka toczy się przeciwko naszym wolnościom, jest wojna wytoczona tym, których nie ma tu pośród nas, nienarodzonym. Obok niewolnictwa aborcja jest największą plamą na naszym narodowym charakterze, a ten prezydent szuka każdego możliwego sposobu, by uczynić aborcję bardziej dostępną i częstszą. I chce, abyśmy jeszcze za to płacili, nawet jeśli się z tym nie zgadzamy – mówił republikański kongresmen. - Panie i panowie, jestem adopcyjnym ojcem czwórki dzieci, każde z nich jest albo czarne, albo latynoskie, albo indiańskie, i jestem wściekły, że ten prezydent płaci pieniądze na utrzymanie organizacji, której jedynym celem jest zabijanie takich dzieci, jak moich – organizację rasistowską, której celem jest nadal niszczenie mniejszości przy pomocy aborcji – podkreślił polityk.
I niestety nie są to przesadzone opinie. Dla nikogo, kto zna historię Planned Parenthood nie jest tajemnicą, że jej założycielka Margaret Sanger była zwyczajną, dość ordynarną rasitką, której głównym celem było ograniczenie liczby nieodpowiednich rasowo dzieci i wzmocnienie rasy białej. Organizacja przez nią założona, choć obecnie odcina się – przynajmniej w słowach – od rasizmu, nigdy się z nim naprawdę nie rozliczyła. Nadal 80 procent aborcji przeprowadzanych przez tą organizację dotyka dzieci z rodzin kolorowych (choć stanowią one 12 procent wszystkich Amerykanów), a organizacja nie gardzi pomocą od jawnych rasistów, którzy proponują wspieranie aborcji wyłącznie osób kolorowych. W 2009 roku obrońcy życia z Live Action dzwonili do siedzib organizacji i proponowali wpłacenie pieniędzy na zabicie czarnego dziecka. Używali przy tym rasistowskiej argumentacji, stwierdzając m.in., że rodzi się zdecydowanie za dużo czarnych dzieci. Pracownicy Planned Parenthood nigdy nie dyskutowali z rasistami, proponującymi pieniądze za pomoc w eksterminacji czarnych – wręcz przeciwnie, w niektórych przypadkach wyrażali poparcie dla ich poglądów. I żeby nie było wątpliwości pieniądze wzięli.
Słowa to jednak nie wszystko. O wiele istotniejsze jest to, że Planned Parenthood nadal centra aborcyjne najchętniej tworzy w miejscach, gdzie jest najwięcej przedstawicieli mniejszości rasowych i etnicznych. np. w Houston, Portland czy Chicago. - Planned Parenthood żeruje na mniejszościach, co ma związek z poglądami założycielki tej organizacji Margaret Sanger, która propagowała eugenikę wymierzoną zwłaszcza w czarnych – podkreśla Tony Perkins, prezydent Family Research Council. - Aborcja i rasizm to diabelskie bliźnięta, które opierają się na tym samym kłamstwie. Podczas gdy rasizm ukrywa swoją twarz, to aborcja osiąga cele, o których rasiści mogą tylko pomarzyć. Aborcjoniści unicestwiają czarną społeczność – podkreśla dr. Alveda King, siostrzenica Martina Luthera Kinga. Nieco ostrożniej przyznają się do takich poglądów także sami aborcjoniści. W 2009 roku sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych Ruth Bader Ginsburg w wywiadzie dla „New York Timesa” przyznała, że państwo powinno finansować aborcję, by zmniejszyć przyrost naturalny wśród „niepotrzebnych i niechcianych” grup społecznych. Ginsburg wyraziła też rozczarowanie tym, że orzeczenie „Roe vs. Wade” z 1973 r. nie ułatwiło kontroli liczby ludności. - Szczerze myślałam, że w latach siedemdziesiątych za orzeczeniem „Roe vs. Wade” stała troska Sądu Najwyższego o uporanie się z wyraźnym wzrostem populacji, a zwłaszcza wzrostem liczby urodzin wśród tych grup, których nie chcemy mieć w Ameryce za dużo – mówiła Ginsburg „NYT”. I wzywała do tego, by jak najszybciej państwo zaczęło finansować aborcję z budżetu federalnego, kontrolując w ten sposób przyrost „grup niepożądanych”. Jej życzenie spełnił zaś – sam pochodzący z grup „nieporządanych” prezydent Barack Obama, który nie tylko szczodrze podsypuje pieniądze organizacji, która codziennie zabija więcej czarnoskórych niż Ku Klux Klan w całej swojej historii, ale wzywa także do tego, by „Bóg pobłogosławił” Planned Parenthood.
Eksport aborcji
Aborcja sprawdza się także, jako towar eksportowy. Stany Zjednoczone już w 1974 roku zaczęły prowadzić aktywną politykę promowania kontroli urodzin, wspierania wprowadzania rozwiązań promujących aborcję w krajach rozwijających się i wykorzystywania do tego organizacji aborcyjnych, na przykład International Planned Parenthood. Powodem do prowadzenia takiej polityki był raport przygotowany na zlecenie prezydenta Nixona, w którym przekonywano, że niekontrolowany rozwój populacji luddzkości może doprowadzić do wielkiego kryzysu, niekontrolowanych emigracji z powodu głodu, rozwoju ruchów separatystycznych, zamachów stanu czy rewolucji. Lekarstwem zaś na te zjawiska miało być promowanie aborcji i antykoncepcji, za pieniądze – co oczywiste – amerykańskich podatników.
W krajach, w których aborcja jest nielegalne, sięga się po rozmaite metody jej legalizacji. Najczęściej są to wielkie, zorganizowane akcje medialne, w których wykorzystuje się przerażające historie (niekoniecznie prawdziwe) zgwałconych nastolatek w ciąży, dla których jedynym ratunkiem ma być aborcja. Ostatnio z podobną akcją mamy do czynienia w Chile (gdzie od czasów generała Augusto Pinocheta aborcja jest zakazana), gdzie do wywołania proaborcyjnej histerii wykorzystano historię gwałconej przez ojczyma 11-latki, której sąd odmówił aborcji. W 2003 roku zaś w Nikaragui podobną historię rzekomo zgwałconej 9-latki wykorzystano do storpedowania prób delegalizacji „aborcji terapeutycznej” (ze względu na stan zdrowia kobiety). Historia „Rosity” jest zresztą doskonałym przykładem „manipulacji proaborcyjnej”, wykorzystywanej przez media i działaczki feministyczne. Sprawa rozpoczęła się, gdy podczas wizyty na Kostaryce lekarz badający 9-latkę odkrył, że jest ona w ciąży. Matka dziewczyny i jej mąż próbowali wówczas uznać ciążę za efekt „gwałtu”, którego miał się dopuścić Kostorykańczyk. Ten jednak nie przyznał się do winy, a policja zaczęła podejrzewać o nią ojczyma, który nie poddał się badaniom i – dzięki pomocy proaborcyjnych lobbystek z organizacji Red de Mujeres Contra Violencia – wyjechał z Kostaryki. Działaczki proaborcyjne nagłośniły całą sprawę tak, by stała się ona „dowodem” na konieczność procedury „aborcji terapeutycznej”. Ostatecznie aborcja została wykonana gdzieś w Nikaragui na podstawie „opinii medycznych” wskazanych przez feministki lekarzy. Historia „Rosity” posłużyła jako scenariusz filmowy, a także stała się punktem wyjścia do dyskusji medialnej, ukazującej „tragedię dziecka”, któremu ideolodzy pro life chcieli złamać życie. A wszystko do czasu, gdy okazało się, że ojcem dziecka dziewczynki był faktycznie jej ojczym, z którym ma ona inne, żyjące dziecko (urodzone trzy lata po aborcji). Francisco Fletes Sanchez, ojczym i ojciec dzieci „Rosity”, uciekł i się ukrywał. W wywiadach telefonicznych przyznał się do wieloletniego romansu z córką swojej żony. Twierdził, że „Rosita” jest kilka lat starsza niż wcześniej podawały media, a sąsiedzi rodziny potwierdzili jego wersję. Zrodziło to poważne podejrzenia, że wiek „Rosity” został zaniżony celowo, aby emocjonalnie zaszantażować Nikaraguańczyków, z których 80 procent jest przeciwnikami aborcji. Ostatecznie ta nowa wiedza raczej zaszkodziła aborcjonistkom. Po trzech latach obwożenia „Rosity” po świecie, po nakręceniu filmu na jej temat, trzeba było bowiem przyznać, że cała sprawa była fałszywką, a lobbystki proaborcyjne zwyczajnie chroniły gwałciciela. Efektem zaś całej sprawy stał się całkowity zakaz aborcji bezpośredniej, któryNikaragui uchwalony trzy lata po jej zakończeniu.
Eksport aborcji to jednak nie tylko reklamy. Istnieją całe organizacje, których jedynym celem jest propagowanie i dostarczanie aborcji do krajów, w których jest ona zakazana. Najbardziej znaną z nich była holenderska organizacja „Kobiety na falach”, która podpływała nieopodal wód terytorialnych państw, w których zabijanie dzieci było nielegalne i stamtąd dostarczała kobietom „usług aborcyjnych”. Działania takie, żeby nie było wątpliwości, nie są oczywiście prowadzone charytatywnie. Na każde z nich organizacje aborcyjne wykorzystują ogromne pieniądze z budżetu federalnego Stanów Zjednoczonych, a także z Unii Europejskiej. I są to ogromne sumy, za które zamiast zabijania można by sfinansować żywność dla setek tysięcy głodujących w Afryce.
Tomasz P. Terlikowski
