- Przemek, był rzadkim przypadkiem człowieka, który żył tym co śpiewał. W nim nie było za grosz tego, żeby oddzielać działo od twórcy. Był tym co tworzył i śpiewał tylko to co miał ochotę powiedzieć. Zawsze można było znaleźć jego nazwisko na początku pod tymi apelami czy listami, które też chciałem popisać. Nigdy nie odmawiał żadnych działań robionych pro publico bono.

Jak organizowaliśmy koncert na rzecz Doroty Kani skazanej na wysoką grzywnę za to, że nazwała esbeka esbekiem to on rzucił wszystko i przyjechał, bez zadawania zbędnych pytań. Przemek to był taki człowiek, który był tam gdzie trzeba, który się zachowywał niezwykle przyzwoicie, co w III RP było znacznie rzadsze niż w PRL-u.

Robił wszystko na własny rachunek.  Poznałem go  1982 r., gdy miałem 15 lat. On do spółki z Janem Krzysztofem Kelusem jest ojcem mojego grania, tego co robię – mówi Piekarczyk.

Not. Jarosław Wróblewski