Jak to się stało, że znaleźliście się w Gruzji w przededniu wojny?

Wojna wisiała na włosku od wielu lat, taka przynajmniej była opinia kolegi, który razem z nami wtedy tam był. On rzeczywiście dobrze orientował się w temacie. Ówcześnie był doktorantem politologii i interesował się sprawą. Zresztą bywał w Gruzji wcześniej, a to była już jego trzecia wyprawa do tego kraju. Czyli ta wojna wisiała na włosku, ale wisiała od bardzo dawna, w zasadzie od lat było wiadomo, że coś się tam dzieje. Abchazja i Osetia są problematyczne nie od wczoraj. Nie przejmując się tym wszystkim za bardzo pojechaliśmy zobaczyć kraj, którego nie znaliśmy. Przy okazji chcieliśmy pochodzić po górach.

Jak długa miała być wyprawa?

Pojechaliśmy na jakieś trzy tygodnie. Zobaczyliśmy Tibilisi, pojechaliśmy trochę na północ, niemal pod granicę rosyjską. To było na wschód od republiki Północnej Osetii. Potem przejechaliśmy przez Gori, czyli miasto, które najbardziej ucierpiało podczas działań wojennych, aż do granicy Osetii Południowej. Tam zatrzymaliśmy się na trochę w pięknym kurorcie, który mógł się kojarzyć ze stylem PRL-owskim. Mimo to był zachwycający. Stamtąd ruszyliśmy wzdłuż granicy Osetii Południowej i potem wzdłuż granicy rosyjskiej. Trochę nas dziwiło, że w końcu tego naszego kilkudniowego trekingu, podczas, którego raz tylko spotkaliśmy innych ludzi, wyszło po nas dwóch uzbrojonych w kałasznikowy gruzińskich pograniczników. Prawdopodobnie zobaczyli nas w oddali na jednej z przełęczy. Sprawdzono nam paszporty, był tam też taki zaimprowizowany posterunek z namiotów. Przez kolejne 2-3 dni schodziliśmy w dół żeby zobaczyć ciekawe średniowieczne wioski, w których mieszkańcy budowali charakterystyczne wieże. Ostatni etap naszej wyprawy to miał być wyjazd nad morze w okolice Batumi – chcieliśmy tam nieco odpocząć po trudach wędrówki. Zanim tam jednak dotarliśmy mieliśmy przyjemność podróżować klasyczną czarną wołgą, która należała do handlarza warzywami. Podczas tej drogi mijaliśmy bardzo dużo wojska. Nie uznaliśmy tego za znak mobilizacji, nawet ten nasz kierowca tłumaczył, że to zapewne są kolejne ćwiczenia. Trzeba dodać, że ta droga którą się poruszaliśmy była drogą wzdłuż granicy z Abchazją, czyli drugą zbuntowaną republiką. Tak szliśmy – drogą wzdłuż Osetii, potem wzdłuż granicy z Osetią, potem wzdłuż granicy z Rosją, a potem z tych gór zjechaliśmy wzdłuż granicy z Abchazją.

Podróż wołgą miała miejsce w nocy. Przespaliśmy się nieco i następnego dnia mieliśmy ruszyć nad morze już pociągiem. Wtedy też zaczęły się problemy. Długo czekaliśmy na pociąg. Pojawiła się informacja, że jest konflikt o charakterze zbrojnym, rozdzwoniły się telefony, także współpasażerów z Polski. Dzwoniły do nich ich dzieci zaniepokojone sytuacją. Na dworcu też podawane były komunikaty o zagrożeniu wojennym. W drodze do Batumi widzieliśmy bardzo dużo pojazdów z literami UN, czyli sił Narodów Zjednoczonych (ONZ). Samochody te jeździły w różnych kierunkach, widać było, że coś się dzieje.

Gdy znaleźliśmy się pod Batumi nie bardzo wiedzieliśmy co robić – mieliśmy bilety lotnicze do Polski z Tibilisi. Siedzieliśmy więc nad morzem, non-stop włączona była telewizja, na której co i rusz były pokazywane migawki z wojny, a my zajadaliśmy się jakimiś nadmorskimi daniami. Był wtedy też jeden moment grozy, kiedy zarządzono zaciemnienie – kobiety, u których mieszkaliśmy zaczęły płakać, zawodzić i faktycznie miejscowość, która była oddalona od nas może 30 kilometrów, czyli Port Poti został zbombardowany. Można powiedzieć, że to bombardowanie było bardzo blisko, bo przelot samolotu bojowego na taką odległość to jest chwila. My na szczęście mieszkaliśmy w takim miejscu nie bardzo atrakcyjnym pod względem militarnym, ale wystarczyło wyjść na drogę do Batumi by zobaczyć pędzące karetki i inne samochody. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że kupujemy bilety na pociąg, jedziemy do Tibilisi i z Tibilisi odlatujemy. Kupiliśmy te bilety, ale po kilku godzinach je oddaliśmy. Zamieszanie na dworcu było coraz większe, a w dodatku nasza trasa miała przebiegać przez Gori co realnie mogło być niebezpieczne. Otrzymaliśmy sms od ambasady polskiej żeby się nie kierować w tamten region tylko, że z Batumi będzie zorganizowana ewakuacja polskich obywateli.

Warto dodać, że działania wojenne wiązały się z totalnym paraliżem sieci komórkowej i internetowej. Nie dało się nigdzie i do nikogo zadzwonić, ludzie oblegali kafejki internetowe, próbowali wysyłać maila. Po prostu nie było szans.

Jak wyglądała sama ewakuacja?

Ewakuacja była spokojna. Pamiętam jak mój kolega mówił, że Rosjanie na pewno nie zdecydują się na większy konflikt w momencie, kiedy na gruzińskich plażach wypoczywa bardzo wielu ich obywateli. I faktycznie na plażach Batumi język rosyjski jest całkiem popularny.

Rosjanie po prostu do morza nie zamierzali dochodzić...

Też tak myślę. Zostaliśmy wezwani, ludzie się stawili, wcześniej był kontakt z ambasadą, która próbowała nas policzyć. Mieliśmy stawić się pod granicą turecką. Przeszliśmy granicę na piechotę, a tam czekał na autokar, który zawiózł nas na lotnisko. Stamtąd rządowym samolotem wróciliśmy do Polski. To był zresztą ten sam samolot, którego już nie ma. Rozbił się pod Smoleńskiem. Rzeczywiście bardzo kiepsko się prezentował wtedy. W czasie lotu pomalowaliśmy sobie twarze w kolory gruzińskie na znak solidarności z tym krajem.

Można powiedzieć, że byliśmy i tak w dobrej sytuacji – były osoby, które dzień wcześniej przyjechały do Gruzji i zaraz je cofnięto. Inni np. byli bardzo blisko bombardowanych terenów, ale nie zorientowali się, że to wojna. Myśleli, że oglądają fajerwerki. Co do samych Gruzinów – podział Osetii jest dla nich czymś absurdalnych – nowa granica rozdzieliła rodziny, wspólnoty lokalne...

Rozmawiał Tomasz Rowiński