- To, że ksiądz Bochyński pozwolił sobie na publiczne wypowiedzi zachęcające do pedofilii świadczy o co najmniej dwóch rzeczach. O swoistym poczuciu bezkarności i o całkowitej niezdolności do oceny znaczenia własnych słów – podkreślił Paweł Lisicki. I dodałnajbardziej tragiczne jest to, że jak można sądzić, ksiądz Bochyński się nie mylił”. „Przez kilkanaście godzin jedyną reakcją było oświadczenie kurii, w którym przeczytałem: „ksiądz Bochyński udzielił wywiadu bez zgody swoich przełożonych, czym złamał normy Konferencji Episkopatu Polski dotyczące występowania duchownych i osób zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych”. Tylko tyle. Żadnego potępienia. Żadnego natychmiastowego zawieszenia i przeproszenia. Złamał normy komunikacyjne – toż to paradne. Tak jakby to było najważniejsze. Jakby krzycząca do Boga niesprawiedliwość była tylko drobiazgiem w porównaniu z naruszeniem reguł. Jakby nikt nie czytał o tym, że ”kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza” - zaznaczył publicysta.

„W Polsce jest ponad 100 biskupów. Przez kilkadziesiąt godzin żaden z nich nie zauważył, że ksiądz Bochyński opowiadając publicznie – a jakże, jego wypowiedź znalazła się od razu na wszystkich dużych portalach – o „dorosłej świadomości” małych dzieci, które można wykorzystywać seksualnie, zasłużył właśnie, przynajmniej symbolicznie, na kamień młyński u szyi. A przynajmniej na natychmiastowe potępienie. To milczenie mówi samo za siebie i jest, przykro mi to powiedzieć, najlepszym znakiem niezrozumienia sytuacji” - podkreślił.

Całość opinii Pawła Lisickiego można przeczytać na stronach tygodnika "Do Rzeczy"

TPT/DoRzeczy.pl