Fronda.pl: Papież naprawdę (jak piszą niektóre media) pojechał straszyć Hiszpanów?

Artur Mrówczyński-Van Allen*: Nie przypuszczam, aby celem Benedykta XVI było straszenie, ani tu w Hiszpanii, ani w żadnym innym miejscu. Jak sam papież określił w czasie tej wizyty, przyjechał jako "Pielgrzym wiary", co znaczy, że jest orędownikiem nadziei. Zawołanie "Nie bójcie się!" Jana Pawła II jest również stałym wewnętrznym mottem całej misji Ojca Świętego Benedykta XVI, i w ogóle Kościoła jako takiego. Niemniej to, co media nazwały "straszeniem", to po prostu świadomość sytuacji społeczeństwa, do którego zwraca się papież, i to nie tylko hiszpańskiego. A sytuację współczesnej Hiszpanii można by nazwać tak krańcową, że jej obraz odbijający się w słowach prawdy jest obrazem "strasznym". Co oczywiście nie wszystkim się podoba. Myślę, że dość trudno jest znaleźć odpowiedni przymiotnik, aby opisać sytuację, w której miliony ludzi codziennie brodzą w rytmie niekończącej się fiesty we krwi mordowanych własnych dzieci. W takim momencie zadaniem majstrów informacji jest zakłamanie obrazu i oczywiście zadaniem artystów postępu zadbanie o to, aby fiesta trwała.

Jakie jest znaczenie papieskiej wizyty dla Hiszpanii?

W tym kontekście znaczenie wizyty papieża jest zasadnicze. I jest takim zarówno ze względu na wagę tego, co mówi, jak i ze względu na to, gdzie to zdecydował się zrobić. To oczywiście nie przypadek, że do Hiszpanii Benedykt XVI przyjechał już po raz trzeci, a latem przyszłego roku przybędzie tu ponownie. Na froncie wspomaga się te odcinki, które są najbardziej zagrożone, tzn. gdzie nieprzyjaciel najsilniej atakuje i te, na których obrona jest najsłabsza. W wypadku Hiszpanii mamy, moim zdaniem, do czynienia z obydwoma faktorami.

Jak się rozkładają siły na froncie tej walki?

O sile ataku nie trzeba już wiele mówić. Co do słabości linii obrony wystarczy być może zwrócić uwagę na dwa przykłady wzięte z aktów mających miejsce w czasie tej właśnie wizyty: pierwszy to Msza święta zorganizowana w Santiago de Compostela, która była raczej koncertem symfonicznym z przerwami na momenty liturgii Eucharystycznej. Drugi to obraz uczestniczącego przy ołtarzu papieskiej Mszy w Barcelonie króla Hiszpanii, głowy państwa, Juana Carlosa I, który przecież zupełnie niedawno podpisał nowe, w praktyce całkowicie liberalizujące aborcję prawo. I podpis ten złożył przy usprawiedliwiającej go oficjalnej pozycji Konferencji Episkopatu Hiszpanii. Jej rzecznik prasowy stwierdził, że nauczenie moralne Kościoła w tym wypadku dla Juana Carlosa nie jest obowiązujące.

Jakie Pana zdaniem jest najważniejsze przesłanie nauczania Benedykta XVI? Czy papieskie nauczanie w ogóle coś znaczy dla Hiszpanów?

Przypuszczam, że dla większości Hiszpanów wizyta papieża, jak i to, co powiedział, nie mają większego znaczenia. Nie wiem, o czym myślał Juan Carlos, kiedy Benedykt XVI parę kroków od niego mówił o obronie życia i z pewnością nie mnie sądzić królewskie sumienie Bourbona. Myślę, że słowa papieża skierowane do wszystkich, którzy chcą je wysłuchać, miały jednak jako zasadniczy cel wzmocnienie linii obrony Kościoła w Hiszpanii, a ta linia obrony jest tą, która pojawia się tam, gdzie jest konieczna obrona życia ludzkiego, rodziny, macierzyństwa, ojcostwa i człowieka jako takiego. To linia Prawdy i Wolności. Papież powiedział w Santiago de Compostela wyraźnie: "Między prawdą i wolnością istnieje najbliższy i konieczny stosunek. Uczciwe poszukiwanie prawdy, pożądanie jej, jest warunkiem prawdziwej wolności. Nie można służyć jednej bez drugiej. Kościół, który pragnie służyć wszystkimi swoimi siłami osobie ludzkiej i jej godności, jest na służbie obu, tak prawdy jak i wolności. Nie może od nich abdykować, gdyż w grze jest byt człowieka, ponieważ porusza go miłość do człowieka, który jest jedynym stworzeniem na ziemi, które Bóg kocha jako takie (Gaudium et spes, 24), i dlatego, że bez tego pragnienia prawdy, sprawiedliwości i wolności człowiek zatraciłby samego siebie."

Co znaczą te słowa?

W kontekście post-nowoczesnego totalitaryzmu mają wyjątkową wagę dla wszystkich, ale przede wszystkim dla nas, dla Kościoła; pomagają nam utwierdzić w konkretnej relacji do otaczającej nas rzeczywistości naszą tożsamość, a przez to nasze miejsce we współczesnej społeczności. Nie przypadkiem, moim zdaniem, już w czasie lotu do Santiago papież porównał aktualną sytuację Europy (nie tylko Hiszpanii) do tej z lat trzydziestych XX wieku. Wypowiedź, która nota bene wywołała w pewnych środowiskach chyba najwięcej pełnych oburzenia komentarzy. I to być może jest najlepszym dowodem na jej trafność.

Z jakim oddźwiękiem wśród samego społeczeństwa spotkała się ta papieska wizyta? To nie pierwsza pielgrzymka Benedykta XVI do Hiszpanii - można ją jakoś porównać do poprzedniej?

Moim zdaniem, większość społeczeństwa hiszpańskiego niewiele interesuje to, co mówi papież. Jest faktem, że na spotkania z Benedyktem XVI przybyło, tak w Santiago de Compostela, jak i w Barcelonie, o wiele mniej ludzi, aniżeli tego oczekiwano. Być może takim konkretnym przykładem sytuacji w hiszpańskim społeczeństwie są zeszłoroczne dane na temat ciąż i aborcji u niepełnoletnich dziewcząt. Jeśli dobrze pamiętam cyfra ogólna była około 675, z czego 500 dziewcząt dokonało aborcji. Te “zimne” i "straszne" numery statystyczne w tym konkretnym wypadku mają jeszcze dodatkową wymowę. Przecież te dziewczyny, młode kobiety, z pewnością w przytłaczającej większości poddały się aborcji za namową, a przynajmniej za zgodą swoich rodziców. I tu trzeba jasno zaznaczyć, że odpowiedzialnymi za tę sytuację jesteśmy my. Oddźwięk w społeczeństwie wobec tego wizyta ta będzie miała taki, jaki przede wszystkim wpływ wywarła na Kościół hiszpański.

Polskie media cytują wypowiedzi ks. Lombardiego, że będąc w Hiszpanii papież nie chciał wywołać kontrowersji i dlatego wzywał do spotkania wiary i laicyzmu. Czy faktycznie papież wypowiadał się tak "zapobiegawczo”, żeby uniknąć kontrowersji? Poruszał przecież "niewygodne" tematy, mówił o aborcji, dzieciach z zespołem Downa, których w Hiszpanii zabija się znaczną większość...

Misją papieża nie jest wywoływanie "kontrowersji". Nie może On jednak wyprzeć się samego siebie, tożsamości Kościoła, Prawdy, nie może wyprzeć się Chrystusa i jego miłości do człowieka, jego Wolności w tej Miłości. Dlatego też - przytaczając słowa kardynała Karola Wojtyły - Kościół jest "znakiem sprzeciwu", ale ten znak sprzeciwu jest jednocześnie znakiem miłości i może mówić jedynie językiem miłości. A język miłości musi jednocześnie być językiem prawdy, a ta może być przecież dla kogoś kontrowersyjna. Kontrowersja jednak w tym wypadku nie jest celem samym w sobie.

Hiszpańskie gazety piszą, że papież przyjechał nie jako głowa Kościoła, ale jako "polityk, który krytykuje laickie państwo" ("El Pais"), albo, że ta wizyta to "wyprawa krzyżowa przeciwko laicyzmowi" ("Publico"). Czy faktycznie to była krucjata przeciwko laickiej Hiszpanii?

Sam już proces narodzin tzw. państwa nowoczesnego jest jednocześnie procesem redukcji wspólnotowego wymiaru Kościoła. Nie ma przestrzeni życia człowieka, która znajdowałaby się poza aktem twórczym Boga i poza zbawczym wkroczeniem w historię ludzką Chrystusa. Ten redukcjonizm eklezjologiczny i antropologiczny, który spycha Kościół do roli prywatnego, indywidualnego, mniej lub bardziej egzotycznego skansenu otwartego w niedziele i święta - niestety, również w znacznej mierze wypracowany w ciągu ostatnich stuleci przez katolickich teologów (umówmy się, że zaczyna się wraz z pojawieniem eis nominalizmu) - dla idei "państwa-state” stał się niezbędnym elementem konstytutywnym. Idea ta w praktycznym swoim wcieleniu wymaga wyłączności w przestrzeni, którą uważa za swoją - choć ogłosiła ją jako “neutralną”, tzn. w przestrzeni społeczno-politycznej. I cecha ta jest wspólną tak dla “lewicowych”, jak i “prawicowych” współczesnych typów struktur społeczno-politycznych. Jakikolwiek wyraz pełności Ciała Chrystusa w Jego Wspólnocie – Kościele będzie odbierany tak przez liberalnych czy konserwatywnych wyznawców idola państwa jako krytyka czy wręcz atak.

Jak mógłby Pan tak na gorąco – choć minęło jeszcze niewiele czasu – podsumować tę pielgrzymkę? Mówi Pan, że Hiszpanów niewiele obchodzi nauczanie papieża. Nie można jej zatem porównać do wielkiego sukcesu papieskiej wizyty w Wielkiej Brytanii?

Wydaje mi się, ze realia angielskie i hiszpańskie w swoich specyficznych historiach Kościoła katolickiego są na tyle różne, że porównywanie tych dwóch wizyt powinno mieć dość konkretny charakter, a moja znajomość angielskiej rzeczywistości nie jest wystarczająca. I choć sytuacja społeczna wydawać by się mogła dość podobna, źródła jej współczesnego stanu maja pewne ważne różnice, a i cel podróży w obu wypadkach wydaje mi się, że był jednak nieco inny.

Ale chyba musi być jakiś pozytywny owoc, choć jeden...

Wizyta Ojca Świętego zawsze jest konkretnym darem dla Kościoła i w tym wypadku nie było inaczej. Potwierdziła wagę, jaką przywiązuje papież do sytuacji w Hiszpanii i umocniła nas w wierze, w naszej tożsamości Kościoła służącemu człowiekowi przez prawdę i wolność, ofiarowane nam przez Chrystusa. Nie pozostaje mi nic więcej, aniżeli wyrazić nadzieję, że papież nie będzie musiał podróżować do Polski z takim programem i koniecznością, z jakimi przyjeżdża do Hiszpanii.

Rozmawiała Marta Brzezińska

*Artur Mrówczyński-Van Allen – dyrektor Wydziału Słowiańskiego w Międzynarodowym Centrum Studiów nad Chrześcijaństwem Wschodnim (ICSCO) w Granadzie. Dyrektor dwóch hiszpańskich wydawnictw książkowych: Nuevo Inicio oraz Levantate, którego jest założycielem. Ojciec ośmiorga dzieci. Mieszka w Granadzie.

Więcej na poruszane w wywiadzie tematy można przeczytać w rozmowie z Arturem Mrówczyńskim-Van Allenem w książce "Bitwa o Madryt" (wyd. Fronda, AA, 2010) i w artykułach tegoż autora publikowanych w ostatnich numerach kwartalinka "Fronda" (nr 53, 54, 56).

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »