Irlandia wprowadziła nowe prawo, które penalizuje bluźnierstwo. Podniósł się krzyk, bo musiał. Że to wstecznictwo, ciemnota i obraza Europy. Czy tak jest rzeczywiście?

W Polsce chronimy uczucia religijne. To piękne i wzniosłe. Niczyje religijne uczucia nie mogą być naruszone. Żaden gbur nie może sobie nimi dowolnie pomiatać.

Zawsze miałem problem z akceptacją tego prawa. Owszem, ma ono niezaprzeczalne zalety. Uznaje się bowiem za jego pośrednictwem, że religia jest ważnym elementem w życiu jednostki, że jest czymś intymnym - dotyka sfery, której nie można publicznie szargać. Opiera się ono za założeniu, że prawo ma zadanie chronić dobra pojedynczych osób, a do nich należy swobodne i niezakłócone wyznawanie religii, uznawanie jej dogmatów, praw i obyczajów za własne.

Ma ono także charakter ponadkonfesyjny. Dotyczy tak samo katolików, protestantów, jak i żydów oraz muzułmanów. Nie zabrania ono krytyki religii, ale nakazuje uprawianie jej w granicach kultury. Można powiedzieć, że chodzi tu o ustalenie kulturalnych zasad współżycia rozmaitych wyznań.

Nietrudno jednak znaleźć jego wady. Po pierwsze, uczucia religijne są czymś subiektywnym. Jeszcze bardziej subiektywne jest jednak ich naruszenie. Jak je udowodnić? Gdzie postawić granicę między histerią, fobią i akceptowalnym przed sądem wywodem na temat naruszenia uczuć?

Po drugie, jeśli uczucia są subiektywne, to czy rzeczywiście dobrze reprezentują tę sferę religijności, którą wierzący chcieliby chronić? Uczucia są nie tylko czymś indywidualnym, przypisanym danej osobie, ale i mają własne miejsce w strukturze osoby. Pytanie, czy rzeczywiście religijność polega na żywieniu pewnych uczuć, na odczuwaniu, na stanach emocjonalnych.

Dla nas, katolików, uczucia religijne stanowią jakąś część naszej postawy życiowej, ale jej ani nie wyczerpują, ani nawet nie są najważniejsze. Uczucia są tylko pochodną tego, co dla nas ważne. Istnieją natomiast liczne próby redukowania religijności do sfery uczuciowej. Mają one swoje poważne oblicze, gdy są próbą psychologizowania religii, jak na przykład w nurtach wyrosłych na pragmatyzmie. Mają też mniej poważną postać, za to bardzo wpływową, gdy w kulturze popularnej religijność redukowana jest do zwykłej ckliwości, do emocjonalnych poruszeń pod wpływem choinki.

A więc może bluźnierstwo? Może lepiej byłoby zabiegać o jego penalizację? Pytanie tylko, jak definiowano by bluźnierstwo. Niedawno taką próbę podjęła Irlandia, definiując je następująco: "opublikowanie lub wypowiedzenie treści w sposób oczywisty nadużywających lub obraźliwych wobec kwestii świętych dla którejkolwiek religii, przez co w sposób umyślny wzbudza się oburzenie znacznej liczby wyznawców tej religii".

Jeśli przyjrzymy się temu zapisowi i jego praktycznym konsekwencjom, zauważymy, że nie różni się ono wiele od polskiego prawa. Ma te same zalety i te same wady. I tak naprawdę nie zakazuje bluźnierstwa. Jej celem jest utrzymanie spokoju społecznego. W jego tle są doświadczenia współegzystencji w ramach jednego społeczeństwa z muzułmańską mniejszością, która potrafi dobitnie wyrażać zbiorowe oburzenie. Uchwalając takie prawo, Irlandia mniej chroni wierzących - bardziej chodzi o spokój na ulicach.

Dla chrześcijan, ale i muzułmanów oraz religijnych żydów, są jednak rzeczy ważniejsze. Religia nie jest zbiorowym przeżyciem emocjonalnym, ale drogą. Ma ona wpływ na prawie każdą sferę życia, nadając jej porządek i sens. Prowadzi w ten sposób do zbawienia. Dla wierzących najważniejsza jest zatem niezakłócona możliwość realizowania tej drogi. Oznacza to autonomię w wychowaniu dzieci i siebie samych, w kształtowaniu własnych instytucji, w tworzeniu mediów itd.

To wszystko jest jednak ważniejsze niż zbiorowe okazywanie histerii. I przede wszystkim, jest naprawdę zagrożone. Co z tego, że za publikację karykatury Mahometa można pójść do więzienia, skoro w szkole i tak nasze dzieci będą poddane zupełnie nam obcemu systemowi wychowawczemu.

Mateusz Matyszkowicz

 

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »